• facebook
  • rss
  • Życie pomalowane

    Ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 43/2012

    dodane 25.10.2012 00:15

    Codzienność tylko z pozoru jest szara i nużąca. Nie trzeba pieniędzy, żeby ją ożywić, potrzeba czegoś więcej.

    Komuna – zgrzebne czasy socrealizmu. Radość z byle czego: triumf zdobycia papieru toaletowego, meblościanki identycznej jak na całym osiedlu; buty relaks – hit sezonu i wczasy nad polskim morzem. Żałośnie, ale wtedy nikt tego nie widział, bo w braterskim bloku wschodnim wszędzie było podobnie, a gdzie było lepiej, nie wolno było wyjechać. Więc można tak było żyć. Aż do śmierci – w błogiej nieświadomości. Za wschodnią granicą było inaczej? Było gorzej. Tam Bóg naprawdę był zakazany, a komuniści byli szczerymi ideologami, a nie cwaniakami robiącymi karierę.

    Otwarte oczy

    Oboje, tak Igor, jak i Lena, w czasach przełomu stawali na progu dorosłego życia. Oboje utalentowani, pełni ideałów – wybrali szkoły artystyczne, żeby pokazywać światu, że jest piękny. Mimo wszystko. Niespokojne czasy upadku Związku Sowieckiego potraktowali jak jeszcze jedną przygodę życia.

    Wtedy liczyła się dla nich bardziej paczka znajomych i najbliższa potańcówka, niż wielkie wskrzeszanie wolnej Ukrainy. – W szkole, do której poszedłem, myślałem najpierw o uczeniu się malarstwa, ale nauczyciel od rzeźby przekonał mnie, że w niej odnajdę się bardziej – wspomina Igor. A tysiąc kilometrów na wschód młoda, nieśmiała Lenka z dumą spełniała marzenia swego ojca i uczyła się przenoszenia serca i pamięci na płótno albo na papier spragniony akwareli czy ołówka.

    Tysiąc kilometrów

    Między zachodem a wschodem zionie przepaść. Bo zachód jest ostoją nacjonalizmu, a wschód jest prorosyjski. Tak przynajmniej każe myśleć stereotyp. – Kiedy na studiach we Lwowie poznałem Lenkę, ta na początku mówiła tylko po ukraińsku. Wiedziała, że rosyjski nie jest tu dobrze odbierany – wspomina Igor. – Ale potem, gdy coraz śmielej wtrącała rosyjski, na początku trochę mnie to irytowało, jednak miłość wyciszyła nerwy – uśmiecha się. – Ja, z Doniecka, odwiedziłam Lwów po raz pierwszy podczas szkolnej wycieczki – opowiada. – Miasto urzekło mnie od razu. Piękne, pełne harmonii i dostojeństwa. Więc kiedy szykowałam się na egzamin wstępny do Akademii Sztuk Pięknych, postanowiłam zrobić sobie jeszcze jedną wycieczkę. Nie wierzyłam, że się dostanę. Przecież jestem z Doniecka. Poza tym sama nie wiem, czy chciałam się dostać, bo to tyle kilometrów od domu. Ale gdy mnie przyjęli, zacisnęłam zęby i uwierzyłam, że to może mieć sens – wspomina.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół