• facebook
  • rss
  • Święto w buszu

    dodane 27.06.2013 00:15

    Z jedynym kapłanem diecezjalnym – misjonarzem z diecezji świdnickiej ks. Eugeniuszem Milewiczem rozmawia Mirosław Jarosz.

    Mirosław Jarosz: Jak zaczęła się historia kościoła świętych Piotra i Pawła w Quimili?

    Ks. Eugeniusz Milewicz: 29 czerwca 1988 roku ówczesny biskup diecezji Anatuya Jorge Gottau dokonał uroczystego poświęcenia terenu, na którym wkrótce miała się rozpocząć budowa kościoła, plebanii i innych budynków przeznaczonych dla nowo powstałej parafii. Od 6 stycznia tegoż roku biskup posłał mnie i innego Polaka, ks. Stanisława Brachę, abyśmy zajęli się organizowaniem duszpasterstwa i kierowaniem niezbędnymi budowami. Dwaj niemieccy księża świętujący w tym czasie swój srebrny jubileusz kapłaństwa zorganizowali zbiórkę na misje. W niewytłumaczalny sposób te pieniądze dotarły do nas. Był to dobry zastrzyk, który pozwolił na wybudowanie kościoła w rekordowym czasie jednego roku. A że kapłani ci nazywali się Piotr i Paweł i już wcześniej pomagali naszej diecezji, parafia została zadedykowana świętym Apostołom Piotrowi i Pawłowi.

    Warunki życia na parafii odbiegają znacznie od tych w Polsce?

    W pierwszym, wypożyczonym na plebanię mieszkaniu nie funkcjonowała nawet instalacja wodna. 20 litrów deszczówki, które każdego dnia pozwoliły nam brać zakonnice z miejscowego klasztoru, musiały wystarczyć do picia, gotowania i na 2 prysznice w tutejszym tropikalnym klimacie. Wiele rodzin w tamtych czasach nie miało nawet takiego luksusu. Do dziś głównym źródłem wody pitnej są rzadkie deszcze, bo wody gruntowe mają wysoką zawartość soli i arszeniku.

    Przeciwności nie zraziły Księdza?

    Te 25 lat mojego pobytu na misjach było splotem niekończących się budów, działalnością charytatywną i pracą duszpasterską na terenie zbliżonym do niejednej diecezji w Polsce. Mogę z pewnością powiedzieć, że rozpoczęliśmy organizację parafii od zera. Tak więc najpierw budowaliśmy kościół parafialny, plebanię i pomieszczenia dla Caritas. Później potrzebne były salki katechetyczne. W międzyczasie pojawiła się potrzeba parafialnego domu starców. W wioskach wyrosło też 13 innych kaplic i kościołów. Gdy przyrzekałem sobie, że nigdy w życiu nie będę już niczego budował, biskup zlecił mi budowę domu rekolekcyjnego. Nie jest jeszcze wykończony, a już funkcjonuje na pełnych obrotach.

    Co uważa Ksiądz za największe osiągnięcie?

    Jeszcze przed poświęceniem kościoła parafialnego została otwarta przy parafii stołówka dla dzieci „z ulicy”. Nigdy nie przerwała swojej działalności. Wydajemy codziennie ciepły obiad dla ponad 300 dzieci i staruszków. Sam się dziwię, że jest to możliwe. To uważam za największe osiągnięcie i świadectwo braterskiej miłości w historii 25 lat życia parafii. Oczywiście dużą rolę odgrywają tu nasi dobrodzieje. Parafia jest tylko przedłużeniem ich rąk i serc. Tych z Argentyny można by porównać do biednej wdowy z Ewangelii, ofiarującej trzy maleńkie grosiki, a pozostali to przyjaciele z Niemiec i ostatnio coraz częściej z Polski.

    A te trudne chwile?

    Najtrudniejsze były i są wyjazdy na stacje misyjne. 27 filii znajdujących się na terenie parafii to największa trudność do rozwiązania. Drogi wiodące przez busz lub niekończące się pola często są nieprzejezdne i nie pozwalają na szybkie pokonywanie odległości dochodzących nawet do 100 km. Takie wyjazdy zaczynają się wcześnie rano i kończą często późno w nocy. Wielkim problemem socjalnym jest skrajna nędza, w której żyje ponad 40 proc. ludności. Trudno sobie wyobrazić warunki i problemy, którym ludzie muszą stawiać czoła bez nadziei na lepszą przyszłość. Papież Franciszek często o tym mówi, wzywając do solidarnej pomocy. Jako biskup często odwiedzał biedne osiedla i slumsy, które nawet w Buenos Aires istnieją obok luksusowych hoteli i wieżowców.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół