• facebook
  • rss
  • To może się powtórzyć

    dodane 11.09.2014 00:00

    O wigilijnym czekaniu na ojca, pracy, która zniewala i groźbie wojny mówi abp Edward Ozorowski, metropolita białostocki rozmawia z ks. Romanem Tomaszczukiem.


    Ks. Roman Tomaszczuk: Kiedyś przez bramę Gross-Rosen przeszedł ojciec, dzisiaj jego syn – metropolita białostocki. Co rodzi się w sercu w takiej chwili?


    Abp Edward Ozorowski: Nie pamiętam ojca, byłem za mały, kiedy został zabrany przez Niemców. Znam jednak jego obozową historię z rodzinnych przekazów, a te powstały dzięki temu, że kilka lat po wojnie pojawił się w naszym domu świadek śmierci ojca. Wtedy dowiedzieliśmy się, co ojciec przeszedł. Ten człowiek przez całą noc opowiadał naszej mamie o tym, co się tutaj działo. Następnego dnia matka była jak nieprzytomna z żalu, smutku i bólu. 


    Czego wtedy się dowiedzieliście?


    To było na kilka dni przed wyzwoleniem obozu. Przygotowywano się do ewakuacji. Musiał już panować coraz większy chaos, bo grupa więźniów, o których już nikt specjalnie nie dbał, chciała dostać się do obozowego śmietnika w nadziei, że tam znajdą coś do jedzenia. Wśród nich był ojciec. Strażnik jednak ich zauważył i strzelił serią z karabinu maszynowego. Zginęli wszyscy. 


    Miejsce znaczące, ale i okoliczności dzisiejszego spotkania wyjątkowe, m.in. dlatego, że byli na nim obecni więźniowie i ich rodziny.


    Rozmawiałem dzisiaj z pewnym panem, którego ojciec także został tutaj osadzony i przeżył ten koszmar aż do ewakuacji obozu. A ta polegała m.in. na tym, że części więźniów udało się uciec, ale część wywieziono na Morze Bałtyckie i tam potopiono. Dlatego bardzo prawdopodobne, że podobny los mógłby spotkać i mojego ojca, gdyby nie akcja, o której wspomniałem. 


    Jest Ksiądz Arcybiskup najmłodszym z dziewięciorga rodzeństwa, trudno pamiętać ojca, ale pamięta się atmosferę domu.


    Przez kilka lat czekaliśmy na tatę. Przejmujące były ówczesne wigilie. Puste miejsce nie było symbolem, nie było anonimowe – czekało na ojca. To było bardzo trudne: ta niewiedza, niepewność, to oczekiwanie i nadzieja, słabnąca z każdą kolejną wigilią. 


    Kiedy Ksiądz Arcybiskup przyjechał tu po raz pierwszy?


    Późno, bo gdzieś w połowie lat 90. XX wieku. Choć pamiętam jeszcze swoje odwiedziny w Rogoźnicy w latach 60., gdy jechaliśmy w Karkonosze. Wtedy jednak niczego tu nie było. Ogrodzony teren, zamknięty i zaniedbany. Dzisiaj jest inaczej. Cieszę się, że w tym miejscu godnie czci się pamięć ofiar nazistowskiego szaleństwa. 


    „Arbeit macht frei” – dzisiaj wielu de facto równie przewrotnie jak kiedyś naziści, interpretuje to hasło.


    Zadziwiające, bo przecież praca sama w sobie jest darem Bożym. W pierwotnym zamyśle Boga człowiek przecież miał pracować uprawiając edeński ogród. Po grzechu pierworodnym także praca została obarczona trudem i także ona może stać się środkiem zniewolenia i poniżenia człowieka. Niemieccy naziści zrobili to na swój sposób, ale i dzisiaj faktycznie praca staje się bożkiem, któremu służy człowiek. Jej podporządkowuje się życie jednostek, rodzin i całych społeczności. To także odczłowiecza. Warto pochylać się nad tajemnicą pracy, żeby stawała się ona źródłem spełnienia, środkiem do wyższego celu: afirmacji człowieka i chwały Bożej. To jest możliwe. Także dzisiaj. 


    Przyjechał Ksiądz Arcybiskup do nas w szczególnym momencie swojego życia, w pięćdziesiątym roku święceń kapłańskich i trzydziestym piątym biskupstwa. Jak z takiej perspektywy ocenia się współczesność?


    Sprawdza się to, co nam powtarzali nasi profesorowie, że z wiekiem człowiek łagodnieje. Dzisiaj wiem bardziej niż kiedyś, że ludzkie wysiłki to naprawdę o wiele za mało, żeby trwale zmieniać oblicze świata. Co warte są układy, sojusze, umowy, widzimy choćby na Ukrainie. Więcej, na jak długo mamy siłę, by walczyć o zmianę własnego serca, o jego nawrócenie? Słabi jesteśmy, ale o tym trzeba się przekonać w doświadczeniu życia. Dlatego dzisiaj jestem bardziej pewien niż kiedykolwiek wcześniej, że „nasza pomoc w imieniu Pana”. 


    Ale mimo to jako dzisiejszy kaznodzieja upomniał się Ksiądz Arcybiskup o poszanowanie porządku Bożego, praw natury i sumienia. 


    Stawanie po stronie prawdy, szczególnie, gdy głosi się słowo Boże, jest obowiązkiem każdego pasterza. Tak rodzi się dobro. Troszczę się jednak o to, żeby słowa te nie były wymierzone przeciwko człowiekowi, ale przeciwko temu co głosi, czemu hołduje, co próbuje narzucić ludziom wiary. Bo tak naprawdę ci, którzy odrzucają Boży i naturalny porządek, potrzebują nie potępienia, ale miłosierdzia. Natomiast prawdą jest, że zarówno Kościołowi w ogóle, jak i nam, duszpasterzom, potrzeba dzisiaj umocnienia osobistej wiary i miłości, by wykazywać się wielką cierpliwością w poszukiwaniu zagubionych owiec. 


    Tutaj, w Gross-Rosen, nie sposób o to nie zapytać: myśli Ksiądz Arcybiskup, że coś takiego może się powtórzyć?


    Jeżeli będziemy liczyli tylko na ludzkie gwarancje, przymierza, siły – na pewno będziemy oglądać ich załamanie, wyczerpnie czy kryzys. Tak rodzą się konflikty i wojny, tak rodzi się ludobójstwo i szaleństwo pogardy. Tego uczą nas dzieje ludzkości, nawet w czasach powojennych. Dzisiaj mamy Irak, Syrię czy Ukrainę, ale też Autonomię Palestyńską, niedawno były Bałkany. A jutro? Jutro także czai się zło. W jakiej postaci się objawi? Nie wiem. Ważne jednak, że w każdym doświadczeniu, a szczególnie w tym skrajnym, jak wojna czy systemowe okrucieństwo, eksterminacja czy reżim, człowiek może wznieść się ponad nienawiść, odwet czy zemstę. Tutaj, w byłem niemieckim obozie koncentracyjnym można było spotkać także wielu bohaterów i świętych – oni są dowodem na siłę Boga, działającego w tych, którzy się Mu poddają. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół