• facebook
  • rss
  • Wreszcie u siebie

    Mirosław Jarosz

    |

    Gość Świdnicki 19/2015

    dodane 07.05.2015 00:00

    Społeczeństwo. Przez prawie 70 lat mieszkańcy tzw. Ziem Odzyskanych żyli z lękiem o przyszłość. Dopiero od niedawna są w domu.

    Tragedia wojny dotknęła nie tylko tych, którzy podczas niej zginęli, ale przede wszystkim tych, którzy przeżyli. Miliony Polaków wyrwanych mocą sojuszniczych układów ze swych domów i ziemi ruszyło w nieznaną podróż, poszukując nowego miejsca do życia.

    Uciekli przed śmiercią

    – Na Dolny Śląsk przyjechałam ze Wschodu, z Kołomyi – opowiada Maria Sabadach z Grzmiącej. – Tam zajmowaliśmy się gospodarką. Hodowaliśmy krowy, świnie, konie, kury, gęsi. Mieliśmy nowy dom. Ładny – dwa pokoje z kuchnią, dość spore podwórko, stajnię, oborę. Dlaczego wyjechaliśmy? Bo jakbyśmy nie wyjechali, toby nas pomordowali. Ukraińska partyzantka chodziła po nocach, nie było spania w domu. Kontrolowali wszystkich. Jak spotkali Polaka, mordowali. A jak nie było nikogo w domu, to zabrali co było. My w domu nie nocowali. Jak był dobry Ukrainiec, to można było u niego w stodole spać. A potem przyszli Ruskie i wszystko zabrali: krowy, konie, świnie, gęsi, kury, a my zostaliśmy z niczym. Ani mąki, ani zboża, niczego. Straszny był głód. A potem ogłosili, że kto się czuje Polakiem, może się zapisać i wyjeżdżać do Polski. Ale dokąd? Nikt nie wiedział. Do wagonu nas zapakowali jak bydło. Jechało nas 12 rodzin w jednym wagonie. Nie było żadnego łóżka, tylko słoma i na tej słomie się spało. Sześć tygodni tak razem jechaliśmy. Czerwony Krzyż dawał nam na postoju jeść. Jeszcze bardziej dramatyczne wspomnienia ma 87-letnia Maria Wierzbicka z Tłumaczowa. – Urodziłam się na Osiółce za Tarnopolem – zaczyna. – Pamiętam, że najpierw Niemcy gnali Ruskich, a później znowu Ruskie Niemców. Nie rozumiałam wtedy jeszcze, co się dzieje, bo byłam mała. Tam Polacy i Ukraińcy mieszkali, ale ci Ukraińcy Polaków wyganiali i mordowali. Na początek złapali uczonych, sznurkiem powiązali ludzi, którzy byli sołtysami czy urzędnikami, i topili. Bagnetami dźgali ich i do wody wrzucali. Wieszali jeszcze na drzewach żywych ludzi, oczy dłubali, języki ucinali i ręce łamali. Ale jeden Ukrainiec za nami stanął i powiedział do swoich: „Tyleście namordowali, to wygnajcie ich, niech se wyjadą”. No i tak zrobili, że nas wygnali. Na wozach jechaliśmy. A jak jechaliśmy, to wszystko płakało, bo to było zimno. Ja miałam gołe nogi. A mojego tatę też przestrzelili i w szpitalu leżał. W 1945 roku skończyła się wojna i kazali nam wyjechać tutaj, tośmy jechali na platformie, bo nie było wagonów. Później dali nam kryte wagony i nas pięć czy sześć rodzin razem jechało. Wszy nas gryzły. Włosy całe były w gnidach. Mama sprzedała krowy. Jechaliśmy z dobytkiem w worku. Tyle tylko mieliśmy na drogę. Ale po drodze wszystko było zrujnowane. Trzy tygodnie staliśmy na Pomorzu. Wujek się dowiedział, że na Dolnym Śląsku są domy, mieszkania, krowy, wyposażenie. No to przyjechaliśmy i osiedliliśmy się. Okolica biednie wyglądała. Mieliśmy duży stół, kuchnię. Piece chlebowe były. Ubikacje na polu. Ludzie się w miskach myli. A jak jedliśmy, to braliśmy łyżki i z jednego talerza się jadło. Kartofle się gotowało świniom. Gotowała taka Niemka, bo tu była jeszcze Niemka z Niemcem i dziewczynka się jeszcze później im urodziła. Tak, razem mieszkaliśmy. U naszych sąsiadów tak samo Niemcy byli jeszcze. Ja im mówiłam „ciotka”, „wujek”, bo żyliśmy razem, to tak się przyzwyczaili. Te wspomnienia, jak i kilkanaście innych udało się zebrać w ubiegłym roku dzięki inicjatywie Moniki Bisek-Grąz i pracy kilkunastu gimnazjalistów z Głuszycy, Mieroszowa i Jugowa. Wydano je w publikacji zatytułowanej „Dziedzictwo kulturowe Gór Sowich”. Trzecie pokolenie osób, które zamieszkały na tej ziemi, chce poznać przeszłość.

    Świętują

    Na 27 maja zaplanowano w Walimiu obchody 70. rocznicy przyjazdu do gminy pierwszych osadników. W południe ulicami miasta mają wyruszyć mieszkańcy. W miarę jak będą szli, odsłaniane będą kolejne tablice ze zdjęciami. – Przygotowaliśmy kilkanaście tablic zewnętrznych ze zdjęciami wykonanymi w pierwszych latach po przyjeździe do naszej gminy polskich osadników – wyjaśnia Aleksandra Ignaszak, sekretarz gminy Walim. – Staną one w miejscach, w których zostały wykonane. Więc od razu będzie można porównać, jak konkretne obiekty zmieniły się w ciągu 70 lat. Odsłaniając te tablice, zatrzymamy się przy każdej, a pan Łukasz Kazek, który przygotował materiały do nich, opowie ich historię. – To zdjęcia z odnalezionych niedawno klisz Filipa Rozbickiego, pierwszego po wojnie organisty w walimskim kościele św. Barbary – mówi Łukasz Kazek, regionalista, autor książek, artykułów prasowych, reportaży i filmów. – Specjalnie wybrałem zdjęcia ukazujące ludzi, którzy jeszcze żyją. Oni nawet jeszcze nie widzieli tych zdjęć, zobaczą je, kiedy odsłonimy tablice. Myślę, że to będą wielkie emocje. Przemarsz zakończy się w parku, gdzie zostanie odsłonięta tablica pamiątkowa z inskrypcją „Byłym, obecnym i przyszłym mieszkańcom”. Kilku pierwszym osadnikom zostaną wręczone medale pamiątkowe. – 8 maja to nie tylko dzień zwycięstwa nad faszyzmem, ale też data, kiedy do Walimia weszły wojska rosyjskie – mówi Adam Haus- man, wójt gminy Walim. – Można powiedzieć, że od tego dnia zaczęła się polskość na tych ziemiach. Choć tak naprawdę pierwsi Polacy zaczęli tu przyjeżdżać dopiero w czerwcu, lipcu i sierpniu 1945 r. Ta pierwsza grupa osadników to byli w większości wysłannicy polskiego rządu, którzy mieli przejąć od Niemców miejscowe zakłady przemysłowe i przygotować mieszkania dla ludności cywilnej. Niektórzy z nich żyją do dziś, jak Kazimierz Wiśniowski, który przejmował zakłady lniarskie.

    Już w domu?

    Wszyscy wspominają, że był to niezwykle trudny czas. Przez wiele miesięcy Niemcy, Polacy i Rosjanie mieszkali obok siebie, co nierzadko prowadziło do konfliktów. Rosjanie wyjechali stąd dopiero po ponad roku. W Górach Sowich zatrzymały ich budowane przez Niemców podziemne fabryki projektu „Riese”. Co Rosjanie w nich odkryli i co wywieźli do Związku Radzieckiego? Tego najprawdopodobniej nigdy się nie dowiemy. Wielu Niemców mieszkało tu jeszcze długo. Opuszczali te ziemie do połowy lat 50. ubiegłego wieku. Polskie i niemieckie rodziny nierzadko żyły często w jednym gospodarstwie. Ciągła niepewność o jutro na długie dziesięciolecia odcisnęła się na psychice polskich osadników. Budynki popadały w ruinę. Nikt nie czuł się gospodarzem. – Obserwuję, że w końcu dokonał się proces zmiany mentalności i mamy poczucie, że jesteśmy u siebie w domu – mówi Andrzej Hausman. – Trzeba jednak przyznać, że to kwestia ostatnich kilku lat. Wydaje się, że moje dzieci czują już tę ojcowiznę. Moje pokolenie na pewno tego nie czuło, bo jeszcze 25 lat temu mówiono nam: „konsumuj wszystko dokoła, bo nie wiadomo, jak długo tu będziecie”. W gminie Walim mieszkam od kilkunastu lat. Jeszcze 17 lat temu człowiek, od którego kupowałem tu ziemię, pytał mnie, po co tu będę coś budował, skoro mogą przyjść Niemcy i mi to zabrać. Dzisiaj tak jak tutejsi mieszkańcy czuję, że jesteśmy u siebie. To widać choćby po tym, że zaczyna się dbać o przestrzeń publiczną, remontować swoje domy. Myślę, że ważnym czynnikiem było nasze wejście do Unii Europejskiej. To chyba dało nam poczucie jakiegoś bezpieczeństwa. Nasza polskość tutaj jest już naturalna. Dla Łukasza Kazka ten moment zmiany nastąpił jednak już wcześniej – Myślę, że tą przełomową chwilą był gest pojednania między premierem Tadeuszem Mazowieckim i Helmutem Kohlem, kanclerzem RFN, do którego doszło w pobliskiej Krzyżowej – wyjaśnia. – Dopiero po tym ludzie zaczęli interesować się tym, co tu było. Restaurują przydrożne kapliczki, nie niszczą już niemieckich cmentarzy. Zaczynają poszukiwać historii swoich miejscowości oraz ludzi z miejsc, w których żyją. Dla mnie samego to miejsce jest już moją ojczyzną. Jednak kiedy do tego dojrzałem, zacząłem rozumieć też tych wysiedlonych. Zrozumiałem, że gdyby mnie teraz ktoś stąd wysiedlił, ogromnie bym tęsknił. Przyjeżdżałbym i patrzył z sentymentem na swój dom, szkołę, podwórko, na miejsca, w których robiliśmy ogniska z kolegami. W lutym tego roku dzięki inicjatywie Łukasza Kazka ruszyło Archiwum Historii Mówionej Ziemi Wałbrzyskiej. To projekt mający na celu zebranie jak najwięcej ustnych relacji świadków historii XX wieku. – Wystarczy rozejrzeć się wokoło, historia naprawdę żyje wokół nas – tłumaczy Kazek. – Mogą to być dzieje mojej rodziny, ulicy, miasteczka. Można zbliżyć się do historii w pojedynkę, można też zorganizować grupę osób zainteresowanych danym tematem i zacząć zbierać najcenniejsze, bo osobiste wspomnienia. Nagrania, kopie zdjęć dokumentów, zdjęcia, pamiątki, odznaczenia, książki można będzie dalej wykorzystywać podczas prelekcji, żywych spotkań z historią, warsztatów szkolnych, które ukażą przestrzeń historyczną XX wieku Ziem Odzyskanych. Osoby, które chciałyby podzielić się wspomnieniami lub dokumentami, mogą kontaktować się z Łukaszem Kazkiem przez stronę na Facebooku: „Fundacja Świat, którego już nie ma” lub „Archiwum Historii Mówionej Ziemi Wałbrzyskiej” lub e-mail: kazek450@wp.pl.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół