• facebook
  • rss
  • Dotrzymują przysięgi

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 47/2015

    dodane 19.11.2015 00:00

    Po ludzku to nie ma sensu, cały świat krzyczy: odpuśćcie! Oni jednak wiedzą lepiej. Przekonał ich Bóg.

    To klasyczna sytuacja: ona obwinia siebie, nie wie, co jest grane, czuje się bezużyteczna, wykorzystana, odepchnięta, słaba i obolała. Nie chce już żyć. I wbrew wszystkiemu kocha, bo tak przysięgała. Z nim wcale nie jest lepiej. Rozumie, że zawsze był nieobecny, ignorował sygnały, że tylko gasił pożary, ale nie uzdrawiał ich przyczyny. Teraz trudno mu uwierzyć, że to się stało naprawdę: jest sam. Dzieci odeszły z żoną, on musi wracać do pustego domu.

    Jest prawda

    Porzucona i porzucony spotykają się w Sycharze, we Wspólnocie Trudnych Małżeństw. Istnieją od 2003 roku i są pomysłem samych małżonków. Tych, którzy nie zgodzili się z tezą wykrzyczaną w ostatnim dniu bycia rodziną: nic z tego nie będzie. Tezą potwierdzoną potem przez sąd, tezą, której nie ignorują, która ich bardzo boli, ale oni wiedzą lepiej. Bo ta wiedza pochodzi od Boga, który powtarza: „Ja ciągle widzę was razem” i obiecuje, że zrobi wszystko, żeby małżeńskie „jedno ciało” objawiło się także w doczesności. Zatem? Chcą ratować swoje małżeństwo. Bez względu na widoczne znaki rozbicia: separację, rozwód, drugi związek. Że niby to wbrew faktom? –Niekoniecznie, jeśli świat rozumie się głębiej niż to, co widać – zapewnia porzucony. – Właśnie to nas trzyma w wierności: świat nie kończy się na porażkach, błędach, a nawet zdradach. A miłość zaczyna się i trwa poza tym wszystkim, wbrew temu wszystkiemu i ponad tym wszystkim – recytuje z ogniem w oczach.

    Jezus obiecał

    Więc postanowili trwać w miłości i wierności, wypełniając złożoną przed Bogiem przysięgę. Nie robią tego w pojedynkę, to przerasta ich siły, potrzebują wspólnoty. Dlatego w końcu trafiają do Sycharu, którego ogniska są rozrzucone po całej Polsce i w innych państwach. Od 2012 r. mają krajowego duszpasterza z nadania Konferencji Episkopatu Polski. – On i nasi duchowi opiekunowie w terenie podtrzymują w nas wiarę, że Pan Bóg daje dość łaski, żeby uzdrowić wszystkich sakramentalnych małżonków, uzdolnić ich do wypełnienia przysięgi małżeńskiej w każdej sytuacji kryzysu – mówi porzucona. – Nie jest to jednak kwestia magii, ale bardzo ciężkiej pracy otwierania się na nawrócenie. Własne nawrócenie, bo od niego zaczyna się uzdrowienie małżeńskiej miłości tak poranionej – milknie, a potem cytuje Dobrą Nowinę: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam”; „Dotknął ich oczu, mówiąc: Według wiary waszej niech wam się stanie! I otworzyły się ich oczy”; „Starajcie się naprzód o królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane”; „Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie...”, i może jeszcze to: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić”, słowem: Jezus, Jezus i jeszcze raz Jezus!

    Jedyna szansa

    Wiara jest jedynym sposobem na uratowanie każdego sakramentalnego małżeństwa przeżywającego kryzys, w każdej sytuacji. – Przysięga małżeńska w jednakowym stopniu obowiązuje wszystkich sakramentalnych małżonków – tych, którzy skrzywdzili, i tych, którzy zostali skrzywdzeni. W przysiędze nie ma klauzul dodatkowych warunkujących jej ważność – zwraca uwagę porzucona. – Zrozumiałam za późno, że w małżeństwie sakramentalnym wypełniamy wolę Bożą, gdy w codziennym życiu pierwszym kryterium decyzji, słów, gestów, słowem wszystkiego, jest nasza przysięga: „(…) ślubuję ci wierność, miłość i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. W tych słowach zapisana jest wola Boża dotycząca każdego sakramentalnego małżonka – milknie i jeszcze raz cytuje, tym razem św. Jana Pawła II: „Małżeństwo jest drogą świętości, nawet wtedy, gdy staje się drogą krzyżową”. – Teraz, po kanonizacji pierwszego w historii Kościoła małżeństwa, Ludwika i Zelii Martin, rodziców św. Tereski, jest to jeszcze bardziej widoczne – zauważa.

    Jeszcze więcej

    – Wszystko to brzmi bardzo górnolotnie, ale tego chce Bóg – mówi porzucony. –Sycharowicze wiedzą, że najlepszym lekarstwem na konsekwencje kryzysu jest wyjście z samotności i życie w łączności ze wspólnotą, po to, aby udzielać sobie wzajemnie pomocy w grupach samopomocowych, np. w ogniskach, grupach 12-krokowych, mityngach, spotkaniach modlitewnych na Skypie, na internetowym Forum Pomocy, podczas rekolekcji, „Wakacji z Sycharem”, pielgrzymek – wylicza porzucony. To chyba jedyny sposób, żeby dojrzewać nie przez kryzys, ale pomimo kryzysu. Wzrastać w coraz większej miłości do Boga i do współmałżonka, i żyć pełnią życia z Panem Bogiem! – Nie koncentrujemy się na ranie, którą nam zadano. Codzienną radość życia czerpiemy z jak najlepszych relacji z Bogiem i innymi ludźmi – zapewniają porzuceni: kobiety, które już potrafią przebaczać, i mężczyźni, którzy są gotowi na pojednanie. One, twórczo do maksimum wykorzystujące czas kryzysu, i oni, z separacji czyniący czas rozwoju duchowego, emocjonalnego, intelektualnego, fizycznego, zawodowego. Sycharowicze – drogowskazy do Boga dla tych, którzy jeszcze błądzą.

    Można dołączyć

    Ognisko Sychar w Wałbrzychu (jedyne w diecezji) spotyka się w każdy pierwszy piątek miesiąca. 5 grudnia o 17.00 Sycharowicze będą modlić się na Mszy św. w kościele św. Józefa Oblubieńca na Sobięcinie, a zaraz po jej zakończeniu spotkają się w salce na plebanii.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół