• facebook
  • rss
  • Krzyżowa droga matki i córki

    xrt

    dodane 25.03.2016 08:36

    Młodsza chciała pomóc starszej, pomogła - kobiety ekstremalne.

    Lubi ciepło, bardzo. To fizyczne i to wewnętrzne – z miłości. Żona i matka. Mieszka w Głuszycy. Od niedawna Boga traktuje bardzo poważnie, pozwala Mu na to, żeby robił, co chce w jej życiu i życiu jej rodziny. Ekstremalna Droga Krzyżowa? – Koleżanka, Marlena, poprosiła mnie o pomoc w nagłośnieniu wydarzenia. Ona zajęła się organizacją, w ostatniej chwili zgłosiliśmy trasę: z Głuszycy do Wałbrzycha, sanktuarium MB Bolesnej. To po pierwsze. Po drugie, nie mogłam zostawić córki, jej problemy zdrowotne są zbyt poważne, żeby wybrała się w taką drogę sama – tłumaczy Anna Rudnicka.

    Szesnastolatka żyje pod parasolem ochronnym rodziców, bo faktycznie problemy ze zdrowiem (bardzo niestabilna cukrzyca) to nie przelewki. Małomówna, ale zdeterminowana, żeby żyć normalnie. Odważna, dlatego wybrała się w drogę, a wcześniej skrzyknęła na Facebooku kilkoro znajomych, żeby dołączyli do nocnej wyprawy. – Chciałam pomóc mamie – mówi Sabina Rudnicka.

    To było dwa tygodnie temu, ale dzisiaj, w Wielki Piątek, odżywa szczególnie intensywnie.

    O 20.00 Msza, po niej w drogę. Matka opatulona, zabezpieczona przed zimnem na wszelkie sposoby. Córka podobnie. Obie zadowolone, obie zatroskane – jest z nimi jeszcze ojciec Anny, a dziadek Sabiny. – W rękach krzyże zrobione przez męża – mówi Anna. – Ja bardzo przejęta zdrowiem Sabiny: jak jej organizm zareaguje na nocny wysiłek? Jakie dawki insuliny trzeba będzie podawać? Co się stanie, gdy opadnie z sił w miejscu, gdzie nie ma zasięgu? – pytań setki, ledwie udzieli odpowiedzi, wracają w nowej wersji – wątpliwości dręczą.

    Sabina milczy. Szczęśliwa, że się udało. Jeszcze tylko kilkanaście minut. Po pierwszej stacji zacznie się akcja.

    Kiedy widzi, że z córką dzieje się coś niedobrego, przestaje myśleć o sobie. Wspiera ją, dopytuje o samopoczucie, martwi się. Sabina upiera się, że chce iść dalej. Problem w tym, że nie może. Jest coraz gorzej. Dziewczyna zaczyna szlochać. Tu nie chodzi o ból fizyczny, chodzi o kondycję serca. Słabnie, ciemność przenika głębiej niż tylko do rozumu. W końcu wspinaczka w kierunku Andrzejówki, marznący deszcz i strach przed koniecznością powrotu do domu stają się nie do zniesienia. Gdy zaczyna zanosić się od płaczu, matka decyduje: wracamy. Ostatni moment, żeby wezwać ojca, który obie zawiezie do ciepłego, bezpiecznego domu. Za chwilę nie będzie zasięgu – telefon będzie bezużyteczny.

    Gdy przyjeżdża mąż, Anna zaczyna rozumieć, że nie może wrócić z nimi. Nie tylko dlatego, że na trasie zostawia swojego ojca, ale dlatego, że Sabina miała swoje powody, żeby iść. Ona zaryzykowała, chciała pokazać Bogu, że jej zależy, że umie prosić o łaskę. A teraz wraca.

    Wbrew sobie Anna zostaje. Zwycięża.

    Na początku go nie zauważyła, ale trwało to tylko chwilę. Potem, z każdą minutą, każdą stacją, każdą godziną lodowej wędrówki odkrywała go coraz bardziej. Karola. Chłopaka kojarzonego mgliście z kościoła, gimnazjalistę z jakiejś wyprawy, jednego z wielu – do tej nocy. W czasie drogi stał się dla Anny bohaterem. On bez plecaka, bez zapasów na drogę, szybko przemoczony od deszczu, a kilkadziesiąt metrów wyżej zmrożony przez wiatr stał się dla niej podporą w czasie kryzysu. Jego zaangażowanie, głośne odpowiedzi, pokorne znoszenie zimna i zmęczenia dodawały jej otuchy, imponowały i rozpalały jej macierzyńskie serce – serdecznością i modlitwą – żeby się nie poddał, żeby nie zachorował, żeby dotarł do celu.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół