• facebook
  • rss
  • Kapłan z rocznika Milenium

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 24/2016

    dodane 09.06.2016 00:00

    Dopiero teraz, po latach, wszystkie te zdarzenia układają się w całość – błogosławioną,
bo od Boga.

    Dzisiaj siedzi sobie w swoim mieszkanku na ul. Kotlarskiej w Świdnicy w domu księdza seniora. Siedzi i pali. Nie umie przestać, ale to wszystko przez jego proboszcza… z Grodziszcza w Wielkopolsce. Tam się wychował. 


    Tysiąclecie pomogło


    Zanim jednak zamieszkał w Świdnicy, dał się poznać w wielu innych miejscach na Dolnym Śląsku. Zaczęło się, gdy bp Andrzej Wronka nałożył na niego i 29 innych kolegów ręce… To był piątek, 24 czerwca, tak samo jak będzie za chwilę, ale już po 50 latach. Dwa dni później odprawiał Mszę św. prymicyjną – 50 lat później będą aż trzy. Jubileuszowe. Złote. 
Pierwszą w Siekierkach Wielkich odprawi, bo tam został ochrzczony; drugą we wspomnianym Grodziszczu, a trzecią w Kostrzynie Wielkopolskim – z tym miejscem był najsłabiej związany, tutaj przeprowadzili się jego rodzice, ale już bez niego, ze Środy Wielkopolskiej. Tutaj zamieszkało rodzeństwo. Tutaj więc będzie świętował. 
Ale teraz jeszcze na chwilę trzeba wrócić do zstąpienia Ducha Świętego. Przyszedł w roku milenijnym, ważnym i pięknym, pamiętnym – Tylko dlatego byliśmy święceni razem w katedrze – przypomina ks. Stanisław Majchrzak. – Wtedy był taki zwyczaj, że święcenia były w różnych parafiach diecezji, ale myśmy wykorzystali pretekst Milenium i zaproponowaliśmy zmianę, żeby podkreślić tysiąclecie – udało się – cieszy się nawet teraz, po latach. 
Po Pięćdziesiątnicy
Ale zaraz, jeszcze Duch Święty! Więc gdy On zstąpił, oni wszyscy ruszyli w świat. Zupełnie jak podczas tamtej Pięćdziesiątnicy. – Z tą samą misją, co tamci: głosić Ewangelię i chrzcić, tzn. nawracać, by kolejne pokolenia weszły na drogę wiary i na niej wytrwały – mówi jubilat i zaczyna litanię stacji swego życia.
Zaczęło się od Słupca (dzisiaj dzielnicy Nowej Rudy). Miał szczęście, trafił na dobrego proboszcza, ks. Andrzeja Kolbusza. Był dla niego jak ojciec. Trzy lata później już tak dobrze nie było. Bielawa i parafia pw. Ducha Świętego u ks. Mariana Pragi. Gdy nadarzyła się okazja, poszedł dalej, już po 13 miesiącach.
Piąty, szósty i siódmy rok kapłaństwa pracował w kościele garnizonowym w Jeleniej Górze. – Dziwna to była parafia: jeden kościół i dwóch gospodarzy: wojskowy i cywilny… To nie mogło się udać, ale dopiero nasz kardynał wszystko poukładał jak należy – wspomina. 
Ostatnie lata wikariuszowskie to parafia we Wleniu. Znowu trzy lata. – Trochę koczowniczy tryb życia, ale nie krzywduję sobie – zaznacza i opowiada o tym, że jako wikariusz miał twardy sen: na hałas budzika nie reagował, natomiast na pukanie proboszcza, zwyczajne takie, natychmiast. – Zastanawialiśmy się, jak sobie poradzę ze wstawaniem na samodzielnej placówce i wyszło na to, że porannej Mszy św. nie będzie i wszystko zagra jak należy – śmieje się. 


    Pierwsza miłość


    Przez 10 lat był proboszczem w Zwróconej. To drugi co do długości wynik w powojennej historii parafii. – Dopiero gdy nastał ks. Krzysztof Ziobrowski, pobił mój rekord – on jest tam już 17 lat – zauważa i rozgaduje się o Bobolicach i ratowaniu tamtego sanktuarium, MB Bolesnej. – Udało mi się zainteresować tym kościołem abp. Gulbinowicza. Ten dawał mi co roku jakieś 500 tys. na prace remontowe. Udało się sporo: przede wszystkim położyliśmy nowy cynkowy dach i otynkowaliśmy kościół – to był wyczyn, przecież to były czasy permanentnego braku wszystkiego, mogłeś mieć pieniądze – materiału i tak nie było. Pomogła nam św. Barbara i życzliwość dyrektora huty ze Śląska – nie kryje dumy. 
Potem były Piszkowice, gdzie siostry marianki rozpieszczały proboszcza. Mają ze sobą dobry kontakt po dziś dzień. – Kochane siostry, tak ciężko pracują i mają takie wielkie serca. Wiele matek nie dałoby rady i nie daje: zabijają przed narodzeniem, porzucają po urodzeniu, a siostry kochają te wszystkie swoje dzieci, choć są upośledzone – mówi. 


    Fałszywka dyrektora


    Zanim trafił do swojej przystani – czyli do Roztoki, gdzie osiągnął pełnoletniość do emerytury (18 lat tam duszpasterzował), była jeszcze Jedlina-Zdrój. – Cztery lata z protestanckim kościołem w tle i z pożarem naszego, katolickiego – mówi. – Trudne to wszystko było, czasy skomplikowane. Szkoda, że nie dogadaliśmy się z ewangelikami – zaznacza. 
Sporo tych przystanków, ale to wędrowanie wymuszały czasy – skomplikowane, powojenne, komunistyczne. – Żeby tylko zdać maturę uczyłem się w sumie w czterech (likwidowano niższe seminaria) szkołach, a świadectwo mam dzięki fortelowi dyrektora zakładów chemicznych spod Oświęcimia. Ten wystawił fałszywkę, że jesteśmy jego pracownikami i jako robotnicy (a nie uczniowie kościelnej szkoły) mogliśmy zdać egzamin dojrzałości w Katowicach – zdradza kulisy swojej matury. 
Milknie. Sięga po papierosa i chrypie specyficznym głosem palacza: – Patrzę na tę wędrówkę i dzisiaj rozumiem, z perspektywy emeryta, że Pan jedne rzeczy dopuścił, innych chciał, a jeszcze inne uratował. I tak mogę dziękować Mu za wierność moją wobec Niego, ale i Jego wobec mnie, prostego robotnika Pańskiego żniwa – mówi i patrzy… Nie, nie w okno, ale w głąb swoich 78 lat życia z Bogiem. 


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół