• facebook
  • rss
  • Wrócił, by zapalać innych

    ks. Przemysław Pojasek

    |

    Gość Świdnicki 33/2017

    dodane 17.08.2017 00:00

    Słowa „Idźcie i głoście” bardzo mocno wziął sobie do serca prawie 40 lat temu, wyjeżdżając na misje. Dziś ks. Tadeusz Faryś zachęca innych, by nie bali się pójść w nieznane.

    Wyjazd do Wybrzeża Kości Słoniowej, na misje do Afryki, spadł mu w jakimś sensie z nieba. Nigdy wcześniej nie myślał o wyjeździe z Polski. – Był to czas największych działań Solidarności, pracowałem wówczas w Nowej Rudzie w parafii pw. św. Mikołaja. Byłem zaangażowany w tworzenie struktur tego patriotycznego ruchu. Wieszanie krzyży, święcenie i instalacja figurek św. Barbary dawały poczucie, że jesteśmy wolni jako Polacy, jako Kościół. I choć później okazało się, że jest to przekonanie trochę na wyrost, to jednak wówczas wszyscy zachłysnęliśmy się tą wolnością. Ja również. Solidarność w jakimś stopniu dała mi paszport, przyszła więc myśl, by może wykorzystać to do poznania innej działalności duszpasterskiej. Znałem kilku księży, którzy już przygotowywali się do wyjazdu do Wybrzeża Kości Słoniowej. Widziałem ich radość z tej możliwości, więc zapragnąłem również w taki sposób służyć Kościołowi. Pojechałem wówczas do kard. Henryka Gulbinowicza i po uzyskaniu jego aprobaty zgłosiłem się na kurs językowy dla przyszłych misjonarzy – wspomina ks. Tadeusz Faryś. O decyzji, którą wówczas podjął, mówi, że jest wpisana w powołanie kapłańskie, że jest powołaniem w powołaniu.

    – Sprawa misji nie jest obca żadnemu księdzu. Już w seminarium za sprawą formacji, różnego rodzaju kół misyjnych dla kleryków, a przede wszystkim dzięki spotkaniom z misjonarzami człowiek uczył się, że praca kapłana jest ważna nie tylko w Polsce, ale i poza jej granicami. To inspirowało – dodaje. Później wraz z pozostałymi osobami, które zgłosiły chęć wyjazdu, udał się do Belgii, by tam lepiej poznać język i zwyczaje ludności, wśród której miał pracować. Był to też czas przygotowania od strony formacyjnej.

    Na wybrzeżu

    Kiedy 28 sierpnia 1982 r. wylądował w Abidżanie, musiał podporządkować się tamtejszym strukturom. – Niektórym może się wydawać, że misjonarz przyjeżdżający na kontynent afrykański wkracza w rzeczywistość bez struktur. To jest błędne myślenie, ponieważ w Afryce jest 59 krajów. Wśród nich – Wybrzeże Kości Słoniowej, które jest krajem wolnym, niepodległym od 7 sierpnia 1960 r. Funkcjonują tam normalne struktury administracji państwowej, ale i kościelnej. Kiedy przyjeżdża ksiądz czy siostra zakonna, są kierowani do danej diecezji, którą zarządza konkretny biskup. W moim przypadku był to bp Bernard Agré, zarządzający diecezją od 1968 r. Już wcześniej korespondowaliśmy ze sobą, a kiedy przyjechałem, skierował mnie do pracy w parafii w Danane, w której również pozostali księża pochodzili z Polski. Po roku pobytu tam i nabraniu doświadczenia trafiłem na niezależną placówkę, gdzie sam administrowałem parafią – tłumaczy były misjonarz. Dodaje też, że praca na misjach to nie tylko ewangelizacja, ale też troska o rozwój materialny danej wspólnoty.

    Wybrzeże Kości Słoniowej to świat kontrastu między bogatą mniejszością a szerzącą się biedą. – Przede wszystkim to kwestia analfabetyzmu. Jakkolwiek szkolnictwo w dużych ośrodkach jest rozwinięte, to jednak nie wszędzie udaje się dotrzeć, choćby przez ograniczoną liczbę środków transportu. Poza tym dużym problemem są choroby, a wśród nich malaria, która dotyka niemal wszystkich. Jest też wspomniany już problem biedy i niedożywienia, które tworzą niemal cały tamtejszy świat. Nie można rozwiązać tych problemów doraźnie, bo to raczej kwestia prowadzenia polityki – wyjaśnia. Dodaje też, że dziś Wybrzeże Kości Słoniowej nie jest już tym samym miejscem.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół