Nowy numer 48/2020 Archiwum

Droga do własnego miejsca

Z trzech synów Agnieszki Jednak tylko mały Mateusz nie rozumie, co się dzieje. Nie ma więc pytań i wątpliwości. Jednak Michał i Łukasz to nastolatkowie, z nimi jest inaczej. Czy mama będzie teraz świecką zakonnicą?

Razem ze swoim mężem, Stanisławem, marzyła o tym, żeby poświęcić się pracy z małżeństwami. On katecheta, ona pielęgniarka. Poznali się na rekolekcjach Apostolstwa Modlitwy. Ona była wtedy opiekunką grupy młodzieży ze swojej parafii w Kamiennej Górze. Niewiele starsza od nich, ale silna z charakteru miała u młodych posłuch, więc się nadawała. To uderzyło starszego o 13 lat Staszka. Rozmodlona 21-latka, zaangażowana i rozkochana w Kościele, w którym od zawsze czuła się dobrze – kobieta w sam raz na żonę dla katechety. Nie czekał więc wcale. Pod koniec rekolekcji wyznał, że chciałby utrzymywać kontakt. Ona jednak prosiła o czas na zastanowienie. Staszek wrócił więc do swojego Kamieńca Ząbkowickiego bez obietnicy, której tak bardzo pragnął. Nie zniechęcił się. Przez cztery miesiące pisał listy. Tyle mu zostało. Długie, życiowe, i takie, które przemawiają do serca kobiety. Skutecznie, bo dała mu szansę. Nie zmarnował jej. Po czterech latach wzięli ślub.

To jest najtrudniejsze

Najpierw urodził się Michał, to już 17 lat temu, dwa lata później Łukasz, a Mateusz, najmłodszy, ma 9 lat. Ten ojca nie pamięta. Miał zaledwie roczek, gdy Stanisław zmarł. Nagle.

I o niego martwią się najbardziej ludzie, którzy dzisiaj pytają: "Czemu nie myślisz o synach? Czemu nie szukasz im ojca, choćby zastępczego? Tobie mężczyzna niepotrzebny, ale im ojciec – bardzo".

Oczywiście, nie jest jedyną matką, która samotnie wychowuje dzieci. Jest ich dzisiaj dużo, choć nie zawsze są to wdowy. Jakoś co do ich dzieci tak wielkich rozterek nie ma, a z nią jest inaczej. Może dlatego, że tamtych jest tak wiele, a ona tak wyjątkowa? Bo nie tylko samotna, ale samotna konsekrowana. Za chwilę, 30 kwietnia.

Ma zaledwie 43 lata, pracuje w Domu Opieki im. św. Jadwigi Śląskiej w Henrykowie. Praca ciężka i odpowiedzialna, jak to z pielęgniarkami bywa, ale przede wszystkim wymagająca – cierpliwości. Wiadomo – starzy, schorowani, samotni robią, co się da, żeby żyć i umierać w rodzinnej atmosferze. Choćby takiej prowizorycznej. Więc interesują się prywatnym życiem opiekunek, zwierzają się z własnego – długiego, skomplikowanego, poplątanego. Mają wiele do opowiedzenia – żeby klimat był jak najbardziej autentyczny, żeby więź się wytworzyła, żeby historia stała się wspólną – choćby przez opowiadanie. Potrzebują więc czasu. Dużo czasu, bardzo dużo czasu... którego Agnieszka nie ma. Bo jest praca.

Dobrze, że za kratkami nie widać

– Kiedy umarł Stanisław, mój świat się zatrzymał i bardzo skurczył – zwierza się Agnieszka. – Nagle to, co miało ciąg dalszy, urwało się. Horyzont się zacieśnił i przyszłość musiała być zdefiniowana na nowo. Pytałam więc Boga: "I co teraz? Czego ode mnie chcesz? Kim mam być w Twoim Kościele?" – wspomina.

Słuchała więc poruszeń serca, medytowała słowo Boże i wszystko grzecznie poddawała pod rozeznanie kierownikowi duchowemu. Do tego była przyzwyczajona odkąd skończyła 18 lat. Zawsze miała kapłana, który wiedział o niej wszystko i towarzyszył jej najpierw przez małżeństwo, potem wdowieństwo. W ten sposób czuła się pewnie i raz po raz przekonywała się, że tak jest bardzo bezpiecznie, bo któż jest dobrym sędzią we własnej sprawie?

Przez lata wychowanie dzieci, zapewnienie im bezpieczeństwa socjalnego, zagwarantowanie stabilizacji emocjonalnej było priorytetem. Jednak czas płynął, a jej samotność stawała się brzemienna. Wprawdzie spowiednicy radzili: miej oczy i uszy szeroko otwarte, bo męża ci trzeba i ojca dla chłopaków, i nawet czujna była faktycznie, ale co z tego, kiedy serce otwarte nie było. Zamknięte dla każdego prócz Pana.

Tego księdza dał jej Bóg… był kolejnym stałym spowiednikiem i kierownikiem duchowym. Po miesiącach poszukiwań i spowiedzi u przypadkowych księży, równie przypadkowo klęknęła do następnego. Nie wiedziała, kto siedzi w konfesjonale. To dobrze, bo gdyby wiedziała, nie poszłaby wtedy do spowiedzi. Nie do niego: "zarozumiałego, nadętego i na dystans". Znała go bowiem skądinąd.

Okazało się, że Pan przemówił przez niego szczególnie. Więc została i otworzyła swoje serce przed nim. Nie żałuje.

To on po kilku latach zaproponował: sprawdź, poczytaj, zmierz się z tematem. Więc zaczęła szukać. I znalazła.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama