• facebook
  • rss
  • Złoty maturzysta

    Ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 27/2012

    dodane 05.07.2012 00:00

    Jubileusz. O przepisie na udane życie, o tym, ile może wskórać modlitwa 40 księży absolwentów, i o reżimowej edukacji opowiada bp Ignacy Dec.

    Ks. Roman Tomaszczuk: Chciałby Ksiądz Biskup zdawać dzisiaj maturę?

    Bp Ignacy Dec: – Raczej nie (śmiech). Zresztą trzeba by się ponownie do niej przygotować. Ale zdradzę, że już kilkakrotnie w życiu śniłem, że będę po raz kolejny zdawał maturę. Jeśli można mówić o uczuciach podczas snu, to czułem wtedy ogromny dyskomfort, ponieważ miałem zdawać egzamin, do którego nie byłem dobrze przygotowany.

    Jak wyglądał egzamin pół wieku temu?

    – W klasie maturalnej XIc było nas 33 uczniów: 12 chłopców i 21 dziewcząt. Mniej więcej tyle samo liczyły klasy: XIa i XIb. Maturę pisemną pisaliśmy: w piątek 18 maja 1962 r. z języka polskiego oraz w sobotę 19 maja – z matematyki. Z języka polskiego mieliśmy do wyboru jeden spośród trzech tematów.

    Wybrałem temat dotyczący życia i twórczości Władysława Broniewskiego. Nasi poloniści przewidywali, że może być taki właśnie temat, gdyż wiosną 1962 roku zmarł tenże poeta. Z matematyki było wiele zadań, których już nie pamiętam. Wiem, że udało mi się prawie wszystkie bezbłędnie rozwiązać. Po zdaniu matury pisemnej z języka polskiego i matematyki z wynikiem dobrym było się zwolnionym z egzaminu ustnego. Natomiast byliśmy zobowiązani do zdawania egzaminu ustnego z przedmiotu, który nosił nazwę „wiadomości o Polsce i świecie współczesnym” oraz z przedmiotu przez siebie wybranego. Wybrałem biologię. Maturę ustną z tych dwóch przedmiotów zdawałem w czwartek 31 maja 1962 r. Była to uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Pamiętam, że gdy wychodziłem rano na egzamin z domu mojej siostry Marii, u której mieszkałem w Leżajsku, czułem dużą pustkę w głowie. Rano byłem w bazylice leżajskiej na Mszy św. Chodziłem zresztą codziennie do bazyliki ojców bernardynów służyć do Mszy św. Z egzaminu o Polsce i świecie współczesnym pamiętam tylko jedno pytanie. Dotyczyło ono prezydenta Indonezji Sukarno i jego wizyty w Polsce. Pytań z biologii już dziś nie pamiętam, ale na wszystkie odpowiedziałem prawidłowo.

    Myśli Ksiądz Biskup, że 50 lat temu maturzyści byli innymi młodymi ludźmi niż dzisiaj?

    – Z pewnością, przed pięćdziesięciu laty była to pod pewnym względem inna młodzież. Po pierwsze, pochodziliśmy z większych, wielodzietnych rodzin. Był to czas powojenny, kondycja materialna naszych rodzin była dużo słabsza niż jest to dzisiaj. Dom rodzinny hartował nas do ofiarnego życia. W domu uczono nas nie tyle brania, ile dawania. Po drugie, trwał reżim komunistyczny. Były naciski na naszych nauczycieli i wychowawców, by kształtować nas w duchu ateistycznym. I chociaż uczęszczanie na lekcje religii nie było zakazane, to jednak czasami rodzice byli szykanowani za nasze zaangażowanie w katechezę parafialną i coniedzielny udział we Mszy św. Po trzecie, nie było w tamtym czasie tak rozwiniętych mediów. Nie mieliśmy telewizji, nie było internetu. Stąd też ze strony środków społecznego przekazu nie było takiego silnego oddziaływania na ludzi, jak ma to miejsce dzisiaj. Oczywiście, rozwój mediów ma dwie strony: jasną – szybki i łatwy dostęp do informacji, powszechna dostępność i wolność w wymianie myśli, argumentów, wiedzy i doświadczenia, ale jest też ta ciemna strona – bezproblemowy dostęp do pornografii, do tekstów i audycji antyreligijnych i antykościelnych oraz ogromne możliwości manipulacji, dezinformacji i szerzenia kłamstwa.

    Wspomniał Ksiądz Biskup o reżimie. Dzisiaj, kiedy katechezę w szkole traktuje się tak zdawkowo, chyba rodzice nie byliby tak chętni do stawiania spraw na ostrzu noża.

    – Niestety, chyba ma ksiądz rację. Wtedy faktycznie nasza katechizacja była dowodem odwagi naszych rodziców. Co ciekawe, pomimo tych szykan na religię uczęszczali wszyscy.

    Papież po maturze poszedł na kremówki, a przyszły biskup Ignacy co robił po otrzymaniu świadectwa?

    – Już nie pamiętam, jak czciliśmy zdanie matury, chyba tak zwyczajnie. Nie było spotkań koleżeńskich z okazji np. urodzin czy imienin, jak to dzisiaj bywa. Owszem, mieliśmy studniówkę przed maturą, w której uczestniczyłem. Przez jakiś czas mieliśmy też kurs tańca, w którym brałem udział. Natomiast uboższe niż dzisiaj było życie towarzyskie. Zresztą miałem swój plan co do przyszłości, dlatego nie szukałem okazji do spotkań towarzyskich.

    Plany jednak musiały być oficjalne i ukryte.

    – Takie były czasy… Jeszcze przed maturą w sekretariacie szkoły byliśmy zobowiązani złożyć dokumenty na wyższe studia, jeśli ktoś się na nie wybierał. Złożyłem teczkę z dokumentami do Wyższej Szkoły Rolniczej w Krakowie. Był to pewien wybieg, bowiem wcale nie zamierzałem podejmować studiów na tej uczelni. Byłem zdecydowany na wstąpienie do Wyższego Seminarium Duchownego, jednak ujawnianie takiej decyzji zbyt wcześnie było ryzykowne, gdyż można to było przypłacić niezdaniem matury. Gdy tylko otrzymałem świadectwo dojrzałości, odebrałem moją teczkę z sekretariatu, tłumacząc się, że rezygnuję ze studiów w Wyższej Szkole Rolniczej w Krakowie. Dwa tygodnie po maturze, w czwartek 14 czerwca, pojechałem do Wrocławia i zgłosiłem się na wstępną rozmowę w sprawie przyjęcia mnie w poczet alumnów Arcybiskupiego Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. W poniedziałek 10 września 1962 r. przyjechałem do Wrocławia, by rozpocząć moją formację seminaryjną do kapłaństwa. Zdecydowałem się na Wrocław, ponieważ w tamtym czasie biskupi z tzw. Ziem Odzyskanych apelowali o zgłaszanie się do tutejszych seminariów osób z innych regionów Polski, gdzie powołań było o wiele więcej. 

    Ostatnio spotkał się Ksiądz Biskup ze swoimi licealnymi kolegami. Leżajsk świętował?

    – Było to naprawdę wielkie święto szkoły i jej absolwentów. Otóż nasza szkoła (dawniej Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące, a dziś – Zespół Szkół Licealnych im. B. Chrobrego w Leżajsku) obchodzi w tym roku stulecie swego istnienia. Stąd też dyrekcja szkoły zaprosiła wszystkich absolwentów na ten jubileusz. Nasz rocznik czuł się szczególnie wyróżniony, gdyż świętowaliśmy jednocześnie pół wieku od matury. Dlatego najpierw wzięliśmy udział w ogólnoszkolnych uroczystościach, na które przybył abp Józef Michalik, metropolita przemyski, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

    Tego dnia pogoda was nie rozpieszczała… ale znaleźliście sposób na chmury.

    – Nasze wspólne świętowanie rozpoczęliśmy od Mszy św. w kościele farnym w Leżajsku, dokąd uczęszczaliśmy na religię. Mszy św. przewodniczył abp Michalik, ja zaś – jako absolwent – wygłosiłem okolicznościową homilię. Po Mszy św. przemaszerowaliśmy w szyku zwartym z orkiestrą do dawnego i obecnego gmachu szkoły. Towarzyszyła nam wspaniała pogoda, która – krótko przed uroczystością – faktycznie była fatalna. Pan dyrektor pytany, skąd się wzięła taka zmiana aury, odpowiedział, że tę sprawę złożył w ręce księży absolwentów, których liceum ma ponad siedemdziesięciu. Około czterdziestu z nich było obecnych na uroczystości. To oni modlili się o odpowiednią pogodę.

    Mieliście czas spotkać się we własnym gronie?

    – Owszem. Po wspólnej akademii, w której uczestniczyło ponad tysiąc osób, i po wspólnym obiedzie przyszedł czas na spotkania rocznikowe. Radości i wspomnieniom nie było końca, a wszystko okraszaliśmy piosenkami z tamtych lat. Co więcej, na drugi dzień, w niedzielę, mieliśmy o 11.00 Mszę św. w bazylice ojców bernardynów, której przewodniczyłem. Homilię wygłosił bp Damian Muskus, biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, także absolwent leżajskiego liceum, ale z roku 1986. Przed błogosławieństwem wypowiedziałem końcowe słowo wdzięczności i życzeń. Po południu nasz rocznik miał spotkanie na łonie przyrody, w leśnym zajeździe. Spotkanie trwało do 21.30 i zakończyło się Apelem Jasnogórskim. Z zaskoczeń, jakie przeżywaliśmy jakoś my wszyscy – mogę się przyznać, że nie poznałem jednej koleżanki z naszej klasy, ale akurat jej nie wiedziałam 50 lat. Ciekawe, czy tegoroczni maturzyści będą potrafili zorganizować podobną uroczystość za pół wieku…

    No właśnie, tegoroczni maturzyści za 50 lat… Jak powinni wybierać, żeby mogli świętować jak wy?

    – Powinni wybierać odpowiedzialnie – w klimacie modlitwy. Klimat wiary i modlitwy bardzo pomaga prawidłowo rozpoznać swoje życiowe powołanie, poprawne zaś rozpoznanie powołania, a następnie wierność temu powołaniu jest gwarancją udanego życia.

    A powołanie do zakonu czy kapłaństwa? Jak pomóc młodym dzisiaj podjąć taką decyzję? Dom już ich zwykle nie wspiera, cywilizacja jest bardzo atrakcyjna i zaborcza, autorytet duchownych szargany przez media i polityków.

    – Trzeba z młodymi rozmawiać. Pokazywać im blaski i cienie życia osób powołanych. Ważne jest to, by jakoś zasadnie i skutecznie wykazywać, że obrazy kapłana i osoby zakonnej są dzisiaj w mediach bardzo zniekształcone, niekiedy wprost wyglądają karykaturalnie. Bardzo w tym może pomóc uczestnictwo młodych w grupach apostolskich, np. w ruchu oazowym. Nade wszystko zaś są nam potrzebni kapłani czy siostry zakonne o wspaniałych osobowościach, właściwie przeżywający swoje powołanie: w klimacie radości, zapału i zadowolenia. Wówczas w młodych ludziach może łatwiej zrodzić się pragnienie, by wybrać w życiu podobną drogę.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół