• facebook
  • rss
  • W kuchni

    dodane 28.03.2013 00:00

    – Matki dzisiaj nie mają czasu na radość pracy domowej – mówi s. Anastazja, pierwsza kucharka Rzeczypospolitej.

    Ks. Roman Tomaszczuk: Lubi Siostra jeździć na prowincję?

    S. Anastazja: Bardzo lubię. Przede wszystkim dlatego, że jak odpowiadam na takie zaproszenie z wioski, z małej miejscowości, tak jak tutaj w Pszennie, to spotykam ludzi szczerze zainteresowanych gotowaniem. Panie z Koła Gospodyń Wiejskich czy z Klubu Seniora z zasady cenią sobie sztukę kulinarną i wtedy zarówno rozmowa z nimi, jak i wymiana doświadczeń są bardzo cenne. One na gotowaniu się znają. A miasto? Owszem, na wieczór autorski przyjdzie sporo ludzi, ale czuje się, że oni za często przy kuchni to nie stają. I co jest jeszcze ważne na wsi? Że klimat takiego spotkania jest bardzo rodzinny.

    Podróżuje Siostra sporo, to pewnie okazja do poznania nowych smaków czy przepisów?

    Oczywiście. W trakcie rozmów lubię posłuchać, co się komu udaje, z czego jest zadowolony. Lubię też oglądać potrawy. Szczególnie ciasta. Ciekawią mnie wtedy nie tyle składniki wypieków, bo na tym to się trochę znam, ale bardziej ich kształt.

    Siostra całe swoje życie spędza w kuchni. Młode kobiety raczej nie widzą siebie w roli gospodyń domowych.

    Ja myślę, że sprawa jest dosyć złożona. Kobiety może i lubiłyby gotować, gdyby je do tego umiejętnie zachęcić. Powiem na przykładzie klasztoru. Młode siostry uczą się gotować i nawet jeśli nie uda im się przyrządzić potrawy zbyt smacznej, nigdy nie spotykają się z mojej strony z miażdżącą krytyką. Odczekam kilka dni i przy okazji wracam do tematu, ale delikatnie, kierując się chęcią pomocy, a nie upokorzenia. Matki dzisiaj nie mają czasu na radość pracy domowej. Zajęte zawodowo, traktują obowiązki domowe jako zło konieczne. Gotowanie też. A córki patrzą.

    Jest nadzieja, że ten niekorzystny dla rodziny trend odmieni się?

    Jeżeli ludzie kupują książki kucharskie, to chyba nie po to, żeby stały na półce. Mam nadzieję, że z nich korzystają. Zresztą jeżdżąc po Polsce, zauważam, że idzie nowe. Pewnie musimy nauczyć się swego rodzaju kultury gotowania. I zrozumieć, że zarówno przygotowanie posiłku, jak i jego spożywanie jest doskonałą okazją do umacniania więzi małżeńskich, przyjacielskich i rodzinnych. Ludzie widzą to coraz wyraźniej.

    I jeszcze ekologia.

    Faktycznie. Chcemy dzisiaj zdrowo się odżywiać. Szukamy sprawdzonych dostawców, zaczynamy odwiedzać nie tylko supermarkety, ale i targowiska. A gospodynie wracają do przygotowywania przetworów, bo wtedy naprawdę wiedzą, że przecier pomidorowy jest z pomidorów, a konfitury ze śliwek. My to mamy nawet swoich gospodarzy na wsi, u których wiosną zamawiamy warzywa na przetwory, a do kiszenia ogórków używamy wody źródlanej. Wszystko dla zdrowia i smaku.

    Przygotowania do świąt wielkanocnych to trudny czas godzenia modlitwy i gotowania. Jak sobie z tym Siostra radzi?

    To może iść w parze. Co się da, robimy wcześniej, przed Triduum, a nawet, jak np. sprzątanie, przed Wielkim Tygodniem. Ważna jest także dobra organizacja pracy. Gospodynie to kobiety bardzo pomysłowe i twórcze, zaprawione w boju godzenia ze sobą przeciwieństw i szukania optymalnych rozwiązań.

    Ulubiona potrawa wielkanocna?

    No… żur. Na zakwasie żytnim, ale z domieszką pszennej mąki, żeby nie był taki ostry. Oprócz kiełbasy i jajka dodaję, a to już z moich rodzinnych stron zwyczaj, specjalnie przygotowany, podsuszany biały ser.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół