• facebook
  • rss
  • Blef wolności

    dodane 29.05.2014 00:00

    O braku szacunku dla praw obywatelskich, miękkim lądowaniu komunistów i „nowych” elitach politycznych mówi Jerzy Langer.

    Mirosław Jarosz: Dlaczego odmówił Pan prezydentowi Wałbrzycha wzięcia udziału w Komitecie Honorowym obchodów Święta Wolności?

    Jerzy Langer: Mam negatywny stosunek do tej inicjatywy, a powodów jest kilka. Rok 2014 obfituje w wiele rocznic mających większe znaczenie w najnowszych dziejach Polski: setna rocznica wybuchu I wojny światowej, 75. rocznica wybuchu II wojny światowej, 70. rocznica powstania warszawskiego i Monte Cassino, 35. rocznica pierwszej pielgrzymki ojca świętego Jana Pawła II do Polski, 30. rocznica śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Dlaczego spośród tylu wydarzeń wybrano 25. rocznicę wyborów kontraktowych jako najważniejszą w roku i dlaczego lansuje się ten dzień jako Święto Wolności? O jaką i czyją wolność tu chodzi?

    Ma Pan wątpliwości?

    W 2005 roku (25-lecia NSZZ „S”) środowisko gdańskiej PO wyszło z inicjatywą uchwalenia 31 sierpnia „Świętem Wolności”. Tylko determinacja kierownictwa Związku zablokowała chęć sprowadzenia tej daty do wymiaru bliżej nieokreślonej wolności. W efekcie ówczesny Sejm ustanowił 31 sierpnia Dniem Solidarności i Wolności. Jednak PO nadal nie wystarcza listopadowe Narodowe Święto Niepodległości ani też Dzień Solidarności i Wolności. Sejm w maju 2013 ustanowił 4 czerwca „Dniem Wolności i Praw Obywatelskich”. Dzisiejsza władza i środowiska „piszące od nowa historię” lansują potrzebę hucznego obchodzenia 4 czerwca już nie jako Dnia, ale Święta Wolności i to bez „Praw Obywatelskich”. Pewnie ze względu na brak szacunku dla praw obywatelskich, czego dowodem jest m.in. systemowe „wyrzucanie do kosza” kolejnych inicjatyw obywatelskich popartych milionami podpisów. Na stronie internetowej Prezydenta RP możemy przeczytać apel: „4 czerwca 1989 roku pokonaliśmy komunizm. 4 czerwca 2014 roku minie ćwierć wieku od tamtego niezwykłego dnia. Już dziś zacznijmy przygotowania do uroczystego, jubileuszowego, obywatelskiego Święta Wolności. 4 czerwca 1989 roku to tryumf solidarności i odwagi nad zwątpieniem i politycznym osamotnieniem. 4 czerwca 1989 roku to początek udanej, wielkiej zmiany ustroju. 4 czerwca 1989 roku to powrót nadziei na suwerenność państw Europy Środkowej i Wschodniej, to początek drogi ku jedności Europy”.

    To propagandowe kłamstwo?

    Na pewno data ta jest istotna, ale czy to 4 czerwca 1989 r. wszystko się zaczęło? To byłby zwykły dzień, gdyby dziesięć lat wcześniej do Polski nie przyjechał ojciec święty Jan Paweł II. Ta historyczna wizyta obudziła polskie społeczeństwo. To jej owocem było powstanie NSZZ „Solidarność”, spełniającego również rolę ruchu społecznego. 4 czerwca, podobnie jak obalenie muru berlińskiego, to był skutek tamtych wydarzeń, a nie impuls dający początek przemian w Polsce i w Europie. Po drugie nie można pomijać faktu, że okrągły stół (który doprowadził do tych wyborów) nie miał poparcia wszystkich środowisk opozycji demokratycznej w PRL, z których część uważała, że należy pozwolić na dogorywanie bankrutowi, jakim był ówczesny system polityczny. Dzisiaj można gdybać, co by było, gdyby komuniści nie zaproponowali „konstruktywnej” opozycji szukania dla siebie „miękkiego lądowania”. Młodemu pokoleniu należy się też informacja o tym, że ordynacja wyborcza uzgodniona przy okrągłym stole 65 proc. miejsc w Sejmie przypisała ówczesnej koalicji rządzącej (PZPR, ZSL, SD). Trudno więc mówić o wolnych wyborach!

    Ale 25 lat temu osobiście kierował Pan wyborami w okręgu wałbrzyskim…

    Mam świadomość, że prowadząc kampanię wyborczą w 1989 roku, wypełniłem swój obowiązek. Mam dziś jednak przeświadczenie, że byłem naiwnym narzędziem, pozwalającym przejąć władzę środowiskom, dla których dotrzymanie słowa komunistycznym decydentom było ważniejsze od oczekiwań społeczeństwa wyrażonych w głosowaniu.

    Czuje się Pan oszukany?

    Wybory 4 czerwca 1989 zostały bardziej potraktowane przez społeczeństwo jako plebiscyt przeciw ówczesnej władzy i komunistycznemu systemowi niż wybór nowej władzy. Tymczasem „nowe” elity polityczne, tworzone przez tzw. obóz Wałęsy, były bardziej zainteresowane niż część komunistycznej koalicji utrzymaniem kontraktu wypracowanego w Magdalence, a zawartego przy okrągłym stole. Świadczy o tym choćby zmiana ordynacji wyborczej pomiędzy I i II turą głosowania, co było ewenementem na skalę światową, a w czym swój znaczący udział mieli liderzy Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Uczyniono to po tym, jak „wycięto” kandydatów z listy krajowej, dla której nie przewidziano II tury głosowania. Jest to dowód na to, że zlekceważono oczekiwania społeczeństwa wyrażone przy urnach wyborczych. Trudno było też zrozumieć sytuację, gdy już po wyborach dotychczasowi koalicjanci opuścili PZPR, a solidarnościowi parlamentarzyści z wielkim zaangażowaniem i wiernością bronili okrągłostołowego układu, wybierając podczas Zgromadzenia Narodowego gen. Jaruzelskiego na prezydenta Polski. O ile można tłumaczyć te fakty potrzebą chwili, „honorowym” dotrzymaniem porozumienia, bo nie wiadomo, jak zachowają się sąsiedzi Polski z komunistycznego obozu, to działania „nowych” elit w późniejszym czasie bronić jest trudno. Dotrzymywanie umowy, gdy znika jej jedna strona (rozwiązanie PZPR), eliminowanie wszystkich środowisk mających krytyczny stosunek do nowej „jedynie słusznej” polityki, w tym do polityki społeczno-gospodarczej, w krótkim czasie (bo już w 1993 roku) doprowadziło do przejęcia ponownie władzy przez postkomunistyczne środowiska. Mimo że doceniam osiągnięcia Polski w okresie tych 25 lat, trudno mi przejść obojętnie obok zjawisk, które skutecznie godzą w polskie społeczeństwo.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół