• facebook
  • rss
  • Endorfiny uzależniają 


    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 39/2014

    dodane 25.09.2014 00:00

    Maraton to około 100 tys. kroków. Jak go ukończyć, gdy 60 tys. z nich to ciągły ból?

    Grzegorz Niski pracuje jako przedstawiciel techniczno-handlowy. Tygodniowo spotyka się z około setką osób. – Co chwila byłem chory. Łapałem infekcje, co utrudniało normalne życie. Lekarz radził: „Proszę uprawiać jakiś sport. Może bieganie?” – sugerował. – W końcu powiedziałem sobie: dobrze, zobaczymy, co będzie. To był wrzesień rok temu – mówi 37-latek z Bielawy.


    Tu o maraton idzie


    Początek przygody z bieganiem to była katastrofa. – 500 m za mną, a ja spocony, wściekły, z sercem, które z piersi chce wyskoczyć, mam wszystkiego dosyć – wspomina. Nie poddał się jednak. – Przełomowy dystans to 10 km – kontynuuje. – Coś, co dla przeciętnego zjadacza chleba jest po prostu nieosiągalne. Potem apetyt zaczyna już rosnąć. Półmaraton Ślężański w marcu (21 km i 97,5 m), a wreszcie decyzja: Maraton Wrocławski (42 km 195 m). Zapisałem się i nagle całe to bieganie nabrało znaczenia.
Bo od tego momentu bieganie dla zdrowia stało się treningiem do maratonu. – Nie zmieniło się jednak to, że bieganie wciąga w inny świat. Endorfiny uzależniają – zapewnia. – Bieg zmienia optykę patrzenia na codzienność. Koncentrujesz się na wysiłku, ale jednocześnie czerpiesz z niego energię. Dobrze to widać podczas niedzielnego rytuału. Wstaję o 4.00 czy 5.00, jem śniadanie i ruszam z kolegą na Sowę. Z Leśnego Dworku na szczyt góry jest 10 km. Dobiegamy, krótki odpoczynek i z powrotem. Potem prysznic i za chwilę z całą rodziną na 10.30 idziemy do kościoła. Tam wszystko nabiera pełni – mówi dwa dni po maratonie.


    Walka od 9. km


    Założenie było jasne: 4 godziny, 30 min. – Miałem 30 minut zapasu, bo półmaraton przebiegłem w dwie godziny – mówi maratończyk. – Najdłuższy dystans, jaki przebiegłem do startu we Wrocławiu, wynosił 30 km. Nie wiedziałem, jak zareaguję na kolejne 12 km podczas maratonu. No ale po to biegnie się po raz pierwszy, żeby także i to sprawdzić. 
Jednak to, co się tego dnia wydarzyło, było totalnym rozczarowaniem. Grzegorz relacjonuje: – Biegnę razem z kumplem Romanem. Kolana zaklejone, kompresy na łydkach równiutko naciągnięte, żele zjedzone, zapite izotonikiem, jest git. Po 9 km spełniają się najgorsze sny. Zaczynam czuć kolana. Dlaczego? Co jest grane? Ale nic, biegnę dalej. Na 11. km decyzja: odpuszczam tempo, Roman dalej biegnie na 4.30 (finalnie zrobił 4.40). Ból jest nie do zniesienia, każdy krok rozrywa kolana. Zmieniam tempo, masuję kolana, w głowie myśl: „Koniec, schodzę, biorę taksówkę i jadę do domu, nie dam rady!” – wspomina.
– W głowie jeden mętlik. Co z tego, że mam zapas sił, tętno 130, skoro boli. Schodzę… Nie! Zaciskam zęby i z przekleństwami naprzemiennie z modlitwą prę do przodu – opowiada. 
Na moście Milenijnym (14.–15.km) Grzegorz dostaje skurczu łydek. Dodatkowy ból. Odpoczywa. W głowie kołaczą się pytania: „Dlaczego? Tyle treningów, półmaraton poniżej 2 godzin, a teraz padam na 15. km? Co jest?”.
Dobiega do punktu medycznego. Tutaj „mrożenie łydek” i ulga. Nic nie boli, ale tylko przez dwa kilometry. Potem wszystko wraca i sam już nie wie. co bardziej daje się we znaki: łydki czy kolana. Myśli o zejściu z trasy i wtedy dzwoni żona. „I jak?” „Źle, boli, mam dość”. „Dasz radę, wierzę w ciebie!” – słyszy. Więc wraca do gry, bo zostało tylko 25 km. 


    Tomek i inni


    W rejonie 20. km Grzegorz spotyka nieznajomego biegacza, Tomka. Ten wspiera go, dopinguje, podtrzymuje na duchu. – Chylę czoła przed Tomkiem. Choć go nie znam, dla mnie jest wielki. Biegniemy tak do Podwala, dalej już muszę zwolnić, idę wolno długie kroki... Tomek pobiegł… Ale pojawia się ktoś inny, klepie mnie w plecy i pokrzykuje: „Dawaj, dawaj!”.
Mijają 30. km. Jeszcze tylko 12 km – dociera do Grzegorza. „Co to jest 12 km, to zwykły trening, dam radę!” – motywuje się do biegu, ale ból staje się ponad siły. Pojawia się znajoma myśl: „Koniec, schodzę, biorę taksówkę i jadę do domu. Dalszy bieg nie ma sensu”. Łzy lecą mu ciurkiem, zaczyna iść. Zauważa ławkę, pojawia się pokusa, by usiąść na chwilę. Grzegorz wie jednak, że jeżeli to zrobi, już nie wstanie, nie dobiegnie do mety. Tymczasem kolejna karetka przejeżdża na sygnale. To już piąty raz. „Nie, nie będę szósty!” – myśli i mija ławkę. Zaczyna się modlić. Myli „Zdrowaś” z „Ojcze nasz”, zaczyna od nowa, w końcu wzdycha własnymi słowami: „Boże, pomóż!”. Jest na 32. km i wie, że ukończy maraton. Tylko kiedy? Kolejny telefon od żony. Walczy dalej. 
Bolące kolana na betonowych łydkach niosą wariata do mety. Mija 40. km. Punkt medyczny: „Mrożonko poproszę! Yeeee! Mam moc, nie boli!” – uśmiecha się i wbiega na ostatnią prostą. 
Już słychać stadion. – Niestety, na 41. km muszę odpuścić, idę, łzy jak grochy i modlitwa: „Boże, walczyłem 40 km. Nie pozwól, bym odpuścił teraz, proszę!”.


    Za linią mety


    – Sam wynik był dla mnie trudny do przyjęcia – wspomina.
– 5 godzin i 33 minuty. A jednak w ręce trzymam medal maratończyka i znajduję w tym powód do dumy. Ważna jest motywacja, którą dostajemy przez telefon czy od kibiców, albo taka, którą sami sobie załatwimy. A ja poprzez modlitwę załatwiałem ją sobie z moim Bogiem. To, czego obawiałem się najbardziej – kontuzja – stało się faktem, więc pojawił się wybór: nosze albo meta. Wybrałem metę! A za rok pobiegnę znowu.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół