• facebook
  • rss
  • Może będzie święty

    Mirosław Jarosz

    |

    Gość Świdnicki 38/2015

    dodane 17.09.2015 00:00

    Wiele lat temu Waldemar Wieja, nauczyciel i pasjonat historii ze Złotego Stoku, zainteresował się nieznanym szerzej niemieckim księdzem. Dziś domyśla się dlaczego.

    To był przypadek – odpowiada krótko Waldemar Wieja. – Tak przynajmniej wtedy sądziłem. Jednak patrząc z perspektywy czasu, wszystko to, co się później wydarzyło, trudno przypadkiem nazwać. To było 12 lat temu, pierwszy wakacyjny wolny dzień.

    Pan Waldemar pojechał z rodziną na wycieczkę po Kotlinie Kłodzkiej. Do Czermnej dotarli pod wieczór. Kaplica Czaszek była już zamknięta. – Sam poszedłem więc na cmentarz. Dlaczego stanąłem nad grobem ks. Gerharda Hirschfeldera? Dlaczego spisałem z grobowca jego dane? Dlaczego już następnego dnia pojechałem z powrotem, do ks. Brudnowskiego, po pierwsze dokumenty? Nie znam odpowiedzi na żadne z tych pytań. Dziś traktuję to jako znak od ks. Hirschweldera: „Ty masz o mnie pisać, rozpropagować mój los”. Tak to się wszystko zaczęło – wspomina pan Waldemar. W trakcie pracy nad pierwszą biografią ks. Hirschfeldera cały czas otrzymywał pomoc, nie zawsze o nią zabiegając. – Sam nie wiem, skąd ks. Franz Jung, który zbierał dokumenty do procesu beatyfikacyjnego, zdobył mój adres – wspominał autor. – Zaczęliśmy korespondować. Były spotkania. Przekazywaliśmy sobie zdobyte dokumenty i kolejne materiały.

    Wiele do wyjaśnienia

    Gdyby Waldemar Wieja dziś pisał historię o ks. Hirschfelderze, na pewno umieściłby dodatkowe materiały, do których wówczas nie dotarł. To przede wszystkim świadectwa osób z kłodzkiego gimnazjum. Ukazały się one w kolejnej biografii kapłana. – Do dzisiaj mam również wątpliwości w związku z rzekomo samobójczą śmiercią matki ks. Gerharda Hirschfeldera. Ona umarła w dniu jego 34. urodzin, 17 lutego 1941 r. – wyjaśnia nauczyciel. – Czy kobieta, która urodziła syna, doczekała się jego święceń kapłańskich, mogła zrobić mu taki „prezent”? Można się domyślać, że głęboko wierząca kobieta, której świadectwo w dużej mierze doprowadziło syna do kapłaństwa, nie mogła targnąć się na swoje życie. W tej sprawie wciąż nie ma jednoznacznych dowodów, są jedynie domysły. Matkę ks. Hirschfeldera znaleziono w przepływającej przez Kłodzko Nysie. Według oficjalnej wersji sama się utopiła. Bardziej prawdopodobne jest jednak morderstwo dokonane przez gestapo, w celu zastraszenia kapłana. Pokazanie mu, że jeżeli nie zaprzestanie gromadzić wokół siebie ludzi, skończy tak samo. Prawdopodobnie ks. Hirschfelder wiedział, że mama nie targnęła się na swoje życie. Według ówczesnego prawa kościelnego samobójcom nie przysługiwała kościelna ceremonia pogrzebowa. Tymczasem ks. Gerhard odprawił takową i pochował matkę na kłodzkim cmentarzu. Wbrew zamierzeniom sprawców, tamto wydarzenie jeszcze bardziej zradykalizowało kapłana, który zobaczył, że zbrodniczy system nie cofnie się przed niczym. Duszpasterz jeszcze mocniej zaczął piętnować nazistów. Pięć miesięcy później został aresztowany.

    Na końcu drogi

    W tym roku Waldemar Wieja miał okazję po raz pierwszy w życiu być w miejscu, gdzie błogosławiony kapłan zakończył życie. Wiosną odbyła się ogólnopolska pielgrzymka duchowieństwa do Dachau, tam świętowano 70. rocznicę wyzwolenia obozu. Z diecezji świdnickiej, z uwagi na przypadającą 5. rocznicę beatyfikacji ks. Hirschfeldera, pojechała również kilkudziesięcioosobowa grupa świeckich. – Wcześniej jedynie pisałem o tym miejscu, teraz mogłem tam być – opowiada historyk. – Najbardziej dotknął mnie moment tuż po przekroczeniu bramy obozu. Przed oczami stanął mi obraz kapłanów, którzy tamtędy wchodzili. Zastanawiałem się, jakie wrażenie musiało to wywrzeć na ks. Hilschfelderze. Duchownym zaraz za bramą dawano propozycję: „Jeżeli porzucisz stan duchowny, od razu staniesz się wolnym człowiekiem. Chcesz?”. Trudno nawet wyobrazić sobie, co dzieje się w głowie człowieka, którego życie lub śmierć zależy od jednego „tak”. Nie są jednak znane przypadki, by któryś z duchownych wycofał się, a trafiło ich tam ok. 2000. Historyk zwraca jednak uwagę, że obecnie obóz w Dachau absolutnie nie oddaje tragedii, jaka się w nim wydarzyła. Budynki nadzorców więziennych pomalowane są na radosne pastelowe barwy, a baraki więźniów rozebrano, zostawiając jedynie ślad fundamentów. – W takie miejsce przychodzi się absolutnie bez żadnych emocji, to zupełne przeciwieństwo tego, co można zobaczyć w Oświęcimiu – tłumaczy. – Nie wiem, dlaczego Niemcy tak to urządzili. Im młodsze będą pokolenia żyjące dalej od wojny, tym trudniej im będzie sobie wyobrazić tragedię, jaka tam się wydarzyła.

    Coś jeszcze przed nami

    Historyk bardzo się cieszy, że materiały, które przed laty udało mu się zebrać, dziś służą innym. Chętnie się nimi dzieli i rozmawia z osobami, które podjęły się dalszego dokumentowania życia pierwszego błogosławionego ziemi kłodzkiej. W 2010 r. wydano biografię napisaną przez Zdzisława Szczepaniaka. Obecnie najobszerniejszym materiałem biograficznym dysponuje ks. prof. Tadeusz Fitych, który ciągle prowadzi prace badawcze nad historią kapłana spoczywającego w Czermnej. – Jak wspomniałem, w tej historii jest jeszcze wiele niewyjaśnionych i nieznanych elementów. Ich poznanie pozwoli nam lepiej zobaczyć obraz tego niezłomnego kapłana. Niewykluczone więc, że w przyszłości rozpocznie się proces kanonizacyjny w jego sprawie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół