• facebook
  • rss
  • Nasz Niemiec

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 38/2015

    dodane 17.09.2015 00:00

    Bł. ks. Gerhard Hirschfelder. - Z nim można już po polsku rozmawiać - żartuje ks. Romuald Brudnowski, pierwszy kustosz pamięci o błogosławionym męczenniku z Dachau.

    Od pięciu lat daje się poznawać, inspiruje i zastanawia – bł. ks. Gerhard Hirschfelder wpisał się już w konkretne życiorysy.

    330 stron w głąb

    Ksiądz Marek Jodko. Właśnie zdał egzamin licencjacki i przedłożył pracę, która była rozwinięciem tematu, jakim zajmował się w czasie studiów magisterskich: Boże Miłosierdzie. – To było pięć lat temu, gdy pojawił się temat beatyfikacji kudowskiego wikariusza – wspomina proboszcz w Rudnicy, a wtedy wikariusz w Kłodzku. – Co rusz ktoś wypowiadał to nazwisko, a ja zdałem sobie sprawę, że nic o tym człowieku nie wiem. A przecież urodził się w mieście, w którym od czterech lat żyję i pracuję duszpastersko. To był pierwszy impuls, żeby przyjrzeć się mu z bliska. Miałem wyrzuty sumienia z powodu swej ignorancji – mówi. Zaczął szukać informacji o męczenniku. Nie było tego wiele, właściwie dwie pozycje biograficzne: Waldemara Wieji ze Złotego Stoku oraz Zdzisława Szczepaniaka z Kłodzka. Na początek wystarczyło. Ale że szukał tematu na rozprawę doktorską, zdecydował, że poważnie zajmie się postacią bł. Gerharda. – Okazało się, że po beatyfikacji do wrocławskiego archiwum trafił jeden egzemplarz „positio” czyli życiorysu opracowanego specjalnie na proces beatyfikacyjny. Dokument, który ma 500 stron, jest chyba najlepszym zbiorem świadectw o heroiczności cnót oraz faktach z życia ks. Gerharda – ocenia. Ponieważ jest on napisany po włosku, sporo trzeba było przetłumaczyć, żeby wykorzystać fragmenty w pracy doktorskiej. – Powoli zaczął mi się odsłaniać obraz księdza, który wprawdzie nie imponował zdolnościami intelektualnymi (maturę przecież oblał, miał poprawkę), a jako nieślubne dziecko miał trudności z dostaniem się do seminarium, to jednak miał coś wyjątkowego: dobry kontakt z ludźmi, szczególnie młodymi, łatwość w odróżnianiu dobra od zła i pozytywne myślenie. Nie politykował, ale głosił Boża naukę – relacjonuje i dla przykładu przywołuje wspomnienie jakiegoś esesmana, który razem z nim przez dwa tygodnie jechał pociągiem do Dachau. – Ten esesman wspominał, że nie był wierzący, ale kiedy ks. Gerhard opowiadał o Bożym Narodzeniu (było to w Adwencie), uświadomił sobie piękno Boga i Jego zaskakującą miłość do człowieka – przywołuje świadectwo. Doktorant wspomina także wielką życzliwość ks. Franza Junga, niemieckiego kapłana zaangażowanego w beatyfikację. – To człowiek, który dysponuje około dwoma tysiącami stron dokumentów o bł. Gerhardzie. Wszystko to mi udostępnił i był szczęśliwy, że polski ksiądz chce pisać doktorat o bł. Gerhardzie – opowiada. Potem sięga po ukończoną rozprawę. Na pierwszej z 330 stron widnieje tytuł: „Świadectwo Kościoła wobec narodowego socjalizmu w Trzeciej Rzeszy: przykład błogosławionego księdza Gerharda Hirschfeldera”.

    Człowiekiem był

    Zdzisław Uchański nie mógł zapamiętać ciężkich czasów okupacji, urodził się w 1941. Niedługo potem jego starszego brata i ojca Niemcy wywieźli na roboty. Tam skąd pochodzi, w Jarosławiu, to nic nadzwyczajnego. Mając 14 lat, przyjechał z całą rodziną do Świdnicy. Ojciec i brat wrócili z Niemiec. – Ojciec nigdy nie mówił o tym co mu się tam przydarzyło, żadnych szczegółów, wiedzieliśmy tylko, że było mu bardzo ciężko – wspomina świdniczanin. – Za to mój brat, jakieś 30 lat później odwiedził rodzinę, u której pracował. Opowiadał, że chciał zobaczyć jak im się żyje, jak wygląda miejscowość, w której spędził półtora roku swojego życia. Wrócił do nich także dlatego, że ci ludzie byli dla niego dobrzy – zaznacza. Świdnica połowy lat pięćdziesiątych – miasto gazowych latarni, oszczędzone w czasie wojny, ale za to poprzedzielane szlabanami, wartowniami, koszarowymi murami. – W mieście stacjonowali Sowieci. Mieszkaliśmy na Bystrzyckiej, to stare miasto (nie było jeszcze żadnych osiedli), bardzo dobre miejsce do życia – opowiada. Pytany o autochtonów, mówi: – Tutaj ich nie zauważałem, byli w Wałbrzychu, mieli swoją szkołę, spotykaliśmy się na ulicy – mówi. Dopiero wiele lat później, gdy o beatyfikacji niemieckiego księdza zrobiło się głośno, przeczytał kilka informacji o nim. – Ale to już były czasy inne od tych wojennych czy powojennych – mówi. – Czasy otwartych granic, naszych podróży, gestów pojednania, a przede wszystkim solidarności i poczucia bezpieczeństwa – wyjaśnia. – Dlatego od razu popatrzyłem na tę postać bardzo przyjaźnie. Gdy dowiedziałem się jak został potraktowany przez swych rodaków, było mi go szkoda. Gdy okazało się, za co tak cierpiał, urósł w moich oczach. Był wspaniałym człowiekiem, świadkiem wiary, a przy takich zasługach narodowość nie ma większego znaczenia. Dlatego bez problemu myślę o nim: nasz Niemiec. „Nasz” w znaczeniu nie tyle narodowościowym, co raczej katolickości. Ufam Kościołowi, dlatego orzeczenie papieża jest dla mnie ważniejsze od moich osobistych doświadczeń, opinii czy sentymentów – tłumaczy. Milknie na chwilę, a potem dodaje. – Nie interesuje mnie, czy on jest Francuzem, Niemcem czy Ruskim. Interesuje mnie czy jest człowiekiem – od tego się wszystko zaczyna: kapłaństwo, przyjaźń i świętość.

    Miałem z nim problem

    Ks. Romuald Brudnowski, jak tylko przyszedł do Kudowy-Zdroju-Czermnej wiedział, że w najstarszych mieszkańcach parafii wciąż tkwi cierń bólu z powodu tego, co przecierpieli od Niemców podczas II wojny światowej. Przekonał się o tym, gdy restaurował pomnik ku czci poległych podczas I wojny światowej. Konserwator zabytków chciał zrekonstruować krzyż wieńczący monument. Okazało się, że oryginalny został utrącony, bo kojarzył się z hitlerowskim krzyżem żelaznym. Odtworzenie go w takiej postaci budziło w ludziach przykre wspomnienia i emocje. A to był początek XXI wieku! – Wiedziałem więc, że także z postacią ks. Gerharda Hirschfeldera nie będzie łatwo – wspomina pierwszy kustosz pamięci o błogosławionym męczenniku z Dachau. – Z „niemieckim”, twardo brzmiącym imieniem i nazwiskiem nie da się nic zrobić, to jasne – uśmiecha się wymawiając gardłowe spółgłoski. – Wtedy zwróciłem uwagę na analogię pomiędzy życiorysem, odwagą, determinacją oraz wiarą w słuszność swych przekonań ks. Hirschfeldera i ks. Popiełuszki. To okazało się trafione. „Niemiecki Popiełuszko” – to określenie nie tylko pomogło Polakom, ale też spodobało się Niemcom. Mam niemiecką książkę, w której to określenie jest używane, a nawet podkreślane – mówi z dumą. Proboszcz z Czermnej nie ukrywa swojej wiary w świętych obcowanie. Opowiada o tym, jak ks. Gerhard pomógł mu przezwyciężyć niechęć do Niemców, ich pewności siebie oraz traktowania Dolnego Śląska jak własnego kraju. – Gdy przyszedłem tu w roku 1999 i zobaczyłem jak moi parafianie reagują na Niemców, zdałem sobie sprawę, że mnie samemu nie bardzo pasuje, że bohaterski ksiądz, były kudowski wikariusz, jest Niemcem. Złapałem się na tym, że wolałbym, żeby był on Polakiem. Byłoby mi łatwiej – przyznaje. Po uświadomieniu sobie tych spontanicznych uprzedzeń i skojarzeń przyszła wtedy, 16 lat temu, refleksja, że przecież więzy krwi to nie wszystko. – Nas łączy coś więcej, coś co w chwili beatyfikacji rozbłyśnie z wielką mocą. To oczywiście jedność i braterstwo wiary. Dlatego po beatyfikacji, będzie można z nim już po polsku rozmawiać – żartuje i zapewnia, że tak właśnie od pięciu lat jest. Po chwili zastanowienia dodaje jeszcze jedno. – Nie chciałbym być poddany takiej próbie wiary jak on, ale gdyby do tego doszło, to chciałbym sprostać jej przynajmniej tak jak on.

    Poszerzanie granic

    Mariusz Rajski. – Mieliśmy bardzo dobre kontakty z prałatem Jungiem – zaczyna opowieść o swojej przygodzie z bł. Gerhardem. – I to odkąd tu mieszkamy, od 1997 r. Dawni mieszkańcy Kątów i Kotliny Kłodzkiej przyjeżdżali na swoją ojcowiznę, przywozili swoje wspomnienia oraz pamięć o swych bohaterach. Tak dowiedziałem się o toczącym się procesie beatyfikacyjnym duszpasterza młodzieży Hrabstwa Kłodzkiego. Niedługo potem pojawiła się myśl, żeby urządzić w Kątach kaplicę poświęconą męczennikowi z Dachau. I teraz uwaga! On był Niemcem, ale przecież tam zginęło najwięcej polskich duchownych, dlatego nasza kaplica jest dedykowana także bł. bp. Michałowi Kozalowi – tłumaczy. O dobre relacje polsko-niemieckie dba w kotlinie nie tylko Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Niemieckiej, ale także garstka autochtonów. Takich jak Renata Czaplińska. To dzięki jej zaangażowaniu wiele wycieczek niemieckich poznało Kąty Bystrzyckie, a goście zza zachodniej granicy zmienili swoje wyobrażenia o Polsce i Polakach. – Kiedy wyznaczono datę beatyfikacji, zostaliśmy zaproszeni do Munster na uroczystość, która była prawdziwym świętem jedności Polaków, Niemców i Czechów. Razem świętowaliśmy wtedy radość z nowego orędownika naszej sprawy – mieszkańców pogranicza, ludzi z niełatwą przeszłością dziejową, ale stających ponad podziałami w imię Chrystusa, dla Jego sprawy i z Jego mocą – zaznacza i nie kryje radości, że Kotlina Kłodzka troszczy się o pamięć o swoim męczenniku. – Myślę, że po pięciu latach zaznaczania obecności męczennika w naszych, kłodzkich miejscowościach czas najwyższy, żeby jego przykład zaczął promieniować poza to naturalne dla niego środowisko. Pięciolecie to dobry czas, żeby także pozostałe rejony diecezji przyjęły bł. Gerharda jako naprawdę swojego – mówi z mocnym przekonaniem o słuszności opinii. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół