• facebook
  • rss
  • Pozwoliłem sobie

    Ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 12/2016

    dodane 17.03.2016 00:00

    O podrzutkach Boga, żonie i „Prawdzie” mówi Sławomir Zatwardnicki, teolog i publicysta.

    Ks. Roman Tomaszczuk: Kim są Zatwardniccy?

    Sławomir Zatwardnicki: Ostatni będą pierwszymi, więc: ten najmniejszy, popiskujący to Janek, a ten drugi to najgrzeczniejszy ponoć przedszkolak Leon. W drugim pokoju słychać uczniaków: zapatrzonego w autorytet taty Tymka i Oksanę, największego po tatusiu mola książkowego. Jednak większość tego, co dobre w nich – to od mamusi Olhy. Ukrainki, która na szczęście kiedyś posłuchała ludzi i Boga i uczyła się języków, tak że dzisiaj może zajmować się domem i pracować jako tłumacz. Ja tu pełnię jedynie rolę głowy.

    Jak poznałeś swoją żonę?

    Wyjechałem na coś w rodzaju misji weekendowych (jaka wiara, takie misje) na Ukrainę. Pomagałem prowadzić – uwaga, będzie długa nazwa – Szkołę Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu Matki Kościoła, która tam ma swoje centrum. Uczestniczką była pewna młoda osóbka o włosach jasnych niemal jak ze sceny Przemienienia Pana Jezusa. Kaleczonym ukraińskim poprosiłem o ziemniaczki na stołówce, kaleczonym polskim usłyszałem parę zdań o niej. Akurat trafiły w czas mojego wątpienia, czy jakakolwiek kobieta na świecie może być tak ewangelizacyjnie „nawiedzona” jak ja. Okazało się, że tak. Mogłem więc sobie pozwolić na zakochanie.

    I to ci w niej zaimponowało?

    Uciekałem przed małżeństwem, bo wydawało mi się nie do pogodzenia z pragnieniem głoszenia Chrystusa. Moja przyszła żona, dobrze uformowana właśnie w Szkole Maryi (najpierw życie, potem ewangelizacja), twierdziła, że da się pogodzić misje, o których również zawsze marzyła, z założeniem rodziny. „Kłamała”, ale szczerze. I tak pobożnie. (śmiech) Wiesz: dom jak Wieczernik, gdzie się czerpie miłość, by potem nieść ją innym. Teraz wiemy, że rodzina to „wszystko w jednym”: prócz Wieczernika jest też – trochę „pluszowa”, ale jednak – Droga Krzyżowa. Zwłaszcza gdy okazało się po ślubie, że miłość jest owocna – czytaj: płodna. Dobrze, że łaska idzie razem z powołaniem, więc nie dezerterujemy. Ale czasu na ewangelizację jest jak na lekarstwo.

    Olha dobrze czuje się w Polsce?

    Żona dobrze się czuje przy mężu – czemu wciąż się dziwię. A przede wszystkim odnajduje się „w Panu”, co mnie z kolei nie dziwi.

    Wyobrażasz sobie sytuację, że z całą rodziną wyjeżdżasz na misje?

    Marzyliśmy o tym, zanim się pobraliśmy, snuliśmy plany i po ślubie. Ale potem sobie odpuściliśmy – wiesz, urodziły się pierwsze dzieci (o, macie już parkę, wystarczy), rzuciłem frustrującą pracę i z zadowoleniem oddałem się pisaniu (o, kolejna książka) i studiowaniu teologii.

    To was pchnęło z Zabrza do Wałbrzycha?

    Powody były ziemskie, egzystencjalne. Po pierwsze, szukaliśmy tańszych mieszkań – nauczeni doświadczeniem, że co jakiś czas Bóg, który jest wspólnotą, podrzuca do naszej rodzinnej wspólnoty kolejnego członka. A po drugie, chciałem mieszkać bliżej Wrocławia, gdzie się doktoryzuję. Dopiero po przeprowadzce zrozumieliśmy, że to był jednak Pan. Poznaję to po tym, że my nie myśleliśmy o głoszeniu Go, ale On nie zapomniał o nas i naszej tęsknocie za głoszeniem.

    Wałbrzych… teren misyjny – podpiszesz się pod tym?

    Podpisuję się wszystkimi kończynami górnymi i dolnymi. Po pierwszej przeprowadzkowej depresji wywołanej spotkaniem z „Wałbrzychem bolesnym”, biedą materialną i duchową, patologiami, tragediami osobistymi i rodzinnymi, Pan mnie podniósł. I rozniecił w naszych sercach przygasły ogień. Podręczniki do ascetyki nie kłamały: dopiero solidny wstrząs budzi z acedii, czyli duchowego letargu.

    Coraz głośniej o was.

    Chyba tam, w niebie – oby! Bo tu, na ziemi, działamy trochę „podziemnie”. Stawiamy sobie za cel po pierwsze wychodzić ku tym, którzy miewają alergię na Kościół i chrześcijaństwo. Dlatego, za zgodą naszego proboszcza, prowadzimy kursy Alfa w domu, w atmosferze przyjaznej i „bezpiecznej”. A po drugie, chcemy nie tyle „upobażniać”, co wychowywać uczniów, którzy przejmą pałeczkę przepowiadania żywego Boga i którzy wezmą odpowiedzialność nie tylko za swoje rodziny, ale i za innych ludzi. Marzą mi się katolicy, którzy staną się miłą Bogu „ofiarą całopalną” – w tym sensie, że styl całego życia swojego i rodzinnego podporządkują właśnie charyzmatowi ewangelizacji, formacji i uwielbiania. Raczej nie spodziewamy się tłumów w naszej wspólnocie „Prawda”. Niech znajdzie się przynajmniej „dziesięciu sprawiedliwych”. Na razie jest nas dwóch–trzech mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. (śmiech)

    Zapytam jak Piłat – cóż to jest prawda?

    Ale nie wydasz na nas wyroku? (śmiech) Chrystus to Prawda, prawda? Ale przecież również prawda – że tak powiem – „naturalna” jest ważna w życiu i pełni także zbawczą rolę. Widzę coś, co można by nazwać może niemal powszechnym uzależnieniem od życia w nieprawdzie, półprawdzie, guzik prawdzie. Potrzeba więc swego rodzaju „trzeźwości” od kłamstwa. Staramy się wzywać siebie i innych do szczerości, do uchylenia masek, pod którymi dopiero daje się poznać prawda. Wydaje nam się, że ta nazwa przyszła „z góry”. No dobra, powiem w prawdzie: chyba dostaliśmy ją od Pana.

    Czemu w czasie sesji waszej szkoły opowiada się bajeczkę na dobranoc, serwuje kawę, a przy okazji rozmawia o Bogu?

    Bajeczka to swego rodzaju „przypowieść”. Poważne treści w formie, która daje do myślenia. W tym akurat przypadku – chodzi o humor, pewien surrealizm, hiperbolizację, taką współczesną gawędę przyciągającą uwagę oraz wzbudzającą radość, która jest przecież siostrą wiary. A przy okazji jest to fajny test „rozeznawania duchów”: tam, gdzie pojawia się żart i chrześcijańska radość, duch „fałszywej pobożności” musi ujawnić swoje ponure oblicze. A kawa? No cóż, bez kawy w żyłach żyje się trudno, a już na pewno nie dałoby się przetrzymać tych siedmiu konferencji, które serwujemy uczestnikom Szkoły Maryi w czasie jednego weekendu. Bo nie jest to „weekend z Bogiem”, tylko „Bóg bez weekendu”.

    Zdradź nam wasz rodzinny przepis na piękną Wielkanoc.

    Na przykład trafić w tym czasie do szpitala z zarotawirusowanym dzieckiem, a potem „zmartwychwstać”. Przepraszam za ten wielce prawdopodobny żart, ale nie wierzę w „piękne” świętowanie. Zmartwychwstały pozbywa nas wszelkiej „sztuczności”, nawet pobożnej – chodzi o to, że nie w naszej mocy jest „pięknie” przeżywać. Liczy się życie, wola Boża i łaska. Oczywiście staramy się o pisanki (farba w całym domu), uczestnictwo w Triduum, radosne uwielbienie w domu (przerywane piskiem Jaśka), ale czy się uda? •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół