• facebook
  • rss
  • Wróg ludu? - raczej przyjaciel

    ks. Roman Tomaszczuk

    dodane 23.09.2016 11:13

    To jedna z najbardziej poruszających w kontekście toczących się dyskusji scen: gdy dr Stockmann bawi się z dziećmi.

    - Jako bohater spektaklu wypowiadam w nim kwestię, która dla mnie będzie miała szczególne znaczenie tutaj w Świdnicy, muszę się do tego przygotować: "Bardzo kocham moje rodzinne miasto, jak każde miasto mojej młodości" - zapowiedział miesiąc temu Juliusz Chrząstowski.

    Już jutro będzie można się osobiście przekonać, co z tego przygotowania wyniknie. Kto zna Julka, ten wie, że przygotować się na jego monolog nie będzie łatwo. Kto jednak słyszał go we "Wrogu ludu" w Krakowie, ten może mieć wyobrażenie, komu i za co się oberwie ze sceny teatralnej Świdnickiego Ośrodka Kultury. 

    Dwa zdania wyjaśnienia. W spektaklu "Wróg ludu" według Ibsena, w reżyserii Jana Klaty, główny bohater, lekarz który odkrywa, że uzdrowiskowe miasteczko truje swoich kuracjuszy i chce to ogłosić wbrew swemu rodzonemu bratu, który jest burmistrzem kurortu - ma wygłosić monolog. Improwizowany monolog. 

    Gdy rok temu widzowie słuchali tego o czym monologuje dr Stockmann, bywali tacy, który się oburzali, wychodzili w trakcie spektaklu, dyskutowali i pokrzykiwali "hańba" - czy coś podobnego. 

    Byłem ostatnio na "Wrogu ludu" - w Krakowie - nikt nie wyszedł, wszyscy albo się dobrze bawili odczytując aluzje polityczne doktora, albo bili brawo, bo ten głośno, mocą autorytetu artysty, ze sceny - zatem bardzo publicznie - wytykał błędy, niekonsekwencje czy hipokryzję - z grubsza określając - prawicowych pomysłów na świat, moralność czy Polskę. Kto zna Julka ten wie - on w to wierzy. 

    I skoro reżyser dał mu prawo do tej improwizacji - nie mam problemu z jej treścią. Jednak mam problem z intencjami artysty. Bo z zapowiedzi monologu wynika, że chce poczuć na sobie to, co czuł Ibsenowski doktor. A to już niemożliwe - bo na widowni siedzą tylko ci, którzy na tezy doktora Julkowego, wyłącznie mogą bić brawo. 

    Gdyby faktycznie Julek chciał poczuć na sobie nienawiść, ostracyzm czy zemstę tłumu… musiałby mówić o czymś innym. O czym na przykład? O tym, że zabija się dzieci, tylko dlatego, że podejrzewa się je o zespól Downa; o tym, że sklepy otwarte w niedzielę to szczyt egoizmu; o tym, że naturalne małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny; o tym, że im wyższa stopa życiowa, tym mniej dzieci się rodzi - bo piesek jest łatwiejszy w obsłudze niż dziecko; o tym, że kobieta powinna mieć  wybór: praca zawodowa albo praca przy wychowywaniu dzieci... itd, itp. 

    Nie będzie mnie na spektaklu w Świdnicy. Żałuję.

    Życzę więc wszystkim, którzy będą oglądać, bardzo dobry zresztą spektakl (choć "Trylogia" zrobiła na mnie mocniejsze wrażenie) - nie tylko nerwowego oczekiwania na Julkowy monolog, ale delektowania się wieloma wątkami, z których Klatowe miasteczko zostało zbudowane. 

    Na koniec zdradzę jeszcze jedno, za co jestem Janowi Klacie szczególnie wdzięczny - za piękną dla jednych i bolesną dla wielu innych scenę zabawy dr. Stockmanna ze swoimi dziećmi. Ma ich trójkę. W tym dwoje z zespołem Downa. 

     

     

     

     

     

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół