• facebook
  • rss
  • Na krańce świata

    ks. Przemysław Pojasek

    |

    Gość Świdnicki 34/2017

    dodane 24.08.2017 00:00

    Poświęcili swoją młodość. Poszli za Chrystusem tam, gdzie o Nim nie słyszano. Ponad 40 misjonarzy z naszej diecezji głosi Ewangelię w najdalszych zakątkach świata.

    Dla większości wiernych w diecezji są zupełnie anonimowi. Znają ich jedynie najbliżsi i ci, którzy pamiętają lata ich pobytu w Polsce. Rzadko pokazują ich w mediach, częściej pojawiają się w pojedynczych parafiach, by uwrażliwić naśladowców Chrystusa na misyjny charakter Kościoła. Na co dzień natomiast ciężko pracują w odległych krajach, starając się zapewnić powierzonym im ludziom nie tylko dostęp do wiary, ale i godne warunki życia.

    Trzeba się uczyć

    W Meksyku ks. Bartłomiej Pałys jest już od 13 lat. Powołanie do pracy na misjach miał od początku swojej kapłańskiej drogi. – Jeszcze kiedy byłem w szkole średniej, podczas jednego z wyjazdów na praktyki do Krakowa mieszkaliśmy u salezjanów i były tam z nami dwie dziewczyny, które bardzo chciały pojechać do Peru jako świeckie misjonarki. Kiedy słuchałem o ich pasji, sam też zapragnąłem w taki sposób służyć Bogu i ludziom. Później, gdy trafiłem do seminarium, dowiedziałem się, że w naszym zgromadzeniu była możliwość wyjechania do trzech krajów: Korei, Papui-Nowej Gwinei i Meksyku. I z tych trzech to właśnie Meksyk najbardziej przypasował mojemu sercu, przede wszystkim swoją kulturą i językiem – wspomina. Dodaje też, że już na samym początku pracy wiele trzeba było się nauczyć. – Na pierwszej parafii byłem z ks. Zbyszkiem Ziębą, pallotynem. Obaj mieliśmy problemy z podstawowymi obowiązkami. Samo pisanie kazań zajmowało nam tydzień, a potem nasza nauczycielka języka i tak musiała je poprawiać. Pamiętam też kilka dość zabawnych historyjek. Na jednej z pierwszych Mszy św. czytałem Ewangelię i potem jedna pani mówiła, że w domu musiała tę Ewangelię przeczytać jeszcze raz, bo nic nie zrozumiała. Podobnie jest z wyrazami w języku hiszpańskim, które w zależności od akcentu mają zupełnie różne znaczenia. I tak na przykład słowo „mama”, które tak jak w naszym języku oznacza mamę, wypowiedziane z innym akcentem oznacza pierś karmiącej matki. Kiedyś właśnie w jednej z modlitw użyłem tego słowa ze złym akcentem i mała dziewczynka zapytała się na głos swojej mamy: „Dlaczego ten ksiądz modli się za piersi kobiety?”. Podobnie wygląda sprawa z innymi słowami. Te zawiłości gramatyczno-ortograficzne to tylko jedna z wielu rzeczy, których trzeba się nauczyć – uśmiecha się ks. Bartek.

    Nie zawsze jest zabawnie

    Kilka lat temu jeden z naszych misjonarzy ledwo uszedł z życiem. – Tak się złożyło, że musieliśmy wówczas wyjechać z ks. Jarkiem Kmiecikiem do ambasady meksykańskiej w Gwatemali w związku z wizą pracowniczą dla ks. Jarka po zmianie prawa migracyjnego. Jechaliśmy od granicy do stolicy i godzinę przed dojazdem do sióstr zakonnych, gdzie mieliśmy się zatrzymać, trzech czy czterech mężczyzn zajechało nam drogę. Było to o 21.15, w nocy z poniedziałku na wtorek. Wyskoczyli z samochodu i stanęli przed naszym autem. Ksiądz Jarek krzyczał do mnie, żebym nie otwierał centralnego zamka, więc nie otwierałem. I wtedy wystrzelili dwa naboje, z których jeden zranił mojego współbrata w obie nogi i zatrzymał się w drzwiach samochodu. Drugi zaś miał trafić w moje nogi, ale dzięki Bogu ominął mnie. Mężczyźni otworzyli samochód. Próbowaliśmy im powiedzieć, że jesteśmy ojcami, księżmi, krzyczeliśmy „padres, padres”, ale to nie pomogło. Kazali nam wysiąść i wrzucili nas w krzaki trzciny cukrowej, związali ręce sznurowadłami do butów i kazali leżeć na ziemi. Oni w tym czasie obrabowali samochód z kosztownych rzeczy. Uciekli, ale na szczęście zostawili samochód – relacjonuje ks. Pałys.

    Na co dzień też nie jest łatwo. Pisze o tym w jednym z listów Nina Kuniszewska, misjonarka z Wałbrzycha: „Pytasz, czy jest to trudne – tak, jest trudne. Ale w sensie: przeżyć dobrze życie, przeżyć je z Bogiem, dla Niego i dla ludzi – jest trudne. Jesteśmy tylko ludźmi, mamy słabości, szatan nie przestaje się wtrącać, wykrzywiać najszlachetniejszych pragnień. Upadamy, mylimy się… więc jest trudno. Ale czy to będzie praca na misjach, czy posługa księdza, życie w zakonie czy małżeństwo – każda z tych i wielu innych opcji jest trudna. Warto szukać swojej drogi, odkrywać swoje powołanie i potem starać się z Bogiem czynić dobro. Dobro jest jedno – jeśli staram się o to dobro, będzie ono i dla mnie, i dla drugiego człowieka. Wzrastamy wspólnie, nie, że ja coś »tracę«, żeby inny »zyskał«, tu nie rządzą zasady rynkowe ani matematyka. Bo jeśli się dzielimy, to Bóg mnoży w nas swoje dary”. Głównym jej zadaniem w Peru jest nauczanie religii. „Katecheza to głównie zajęcia z dziećmi przygotowującymi się do Pierwszej Komunii św. i z młodzieżą do bierzmowania, czasami pomoc w spotkaniach rekolekcyjnych i formacyjnych, wyjazdach w formie »misji«. Wyjazdy do szkół mają charakter lekcji religii i katechezy, są inicjatywą własną parafii, tzn. nie mają formy oficjalnej, za pozwoleniem nauczycieli w określone dni przyjeżdżamy na godzinę zajęć z dziećmi. Odwiedzamy ok. 25 szkół, które rozrzucone są w okolicach San Ramon. Głównie są to tereny wiejskie, czasem trudno dostępne – zwłaszcza w porze deszczowej. Do niektórych miejscowości nie sposób dojechać ze względu na odległość i czas, a godziny zajęć szkolnych to w większości jedyna możliwość spotkania się z mieszkańcami tych terenów, a w zasadzie z ich dziećmi, bo rodzice pracują w polu. Jest to też jedyna możliwość mówienia o Bogu – poprzez dzieci i z nadzieją na owoce w przyszłości. Kiedy nie ma proboszcza, bo musi wyjechać (choć rzadko mu się to zdarza), ja go zastępuję. Oczywiście – tam, gdzie to możliwe, chodzi głównie o wyjazdy. Niedawno udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy – na motor i na samochód, więc mogę już spokojnie i legalnie jeździć. Czasami wyjeżdżam z celebracją liturgii słowa albo na pogrzeb, kiedy nie ma już innej możliwości” – dodaje Nina w innym liście.

    Na dobre i na złe

    Z tym wszystkim jednak misjonarze nie są sami. Na miejscu często zżywają się między sobą, ale i z mieszkańcami, wśród których pracują. „W domu i na parafii panuje dobra, zdrowa atmosfera zaufania i współpracy, znam swoje obowiązki, staram się być do dyspozycji, proboszcz jest wymagający, ale zarazem bardzo ludzki, wymaga od nas i od siebie. Ale też bardzo podkreśla porządek, rozsądek i zdrowe podejście do spraw, rzeczy i pieniędzy. Docenia nas, jest wdzięczny i potrafi motywować. A na miłość i ofiarę odpowiada się miłością i jeszcze większym zaangażowaniem. Jest moim spowiednikiem i nauczycielem. Czuć jego mocną i dobrą ojcowską rękę w formacji seminarzystów i tych wszystkich, którzy szukają jego pomocy i rady” – wyjaśnia Nina.

    Poza tym są całe rzesze ludzi, którzy swoją modlitwą i ofiarami wspierają misjonarzy w ich pracy. Znana w całej Polsce akcja Miva Polska związana ze wspomnieniem św. Krzysztofa czy akcja Komisji Episkopatu Polski polegająca na wysłaniu SMS-a o treści MISJE na numer 72032 to tylko niektóre z pomysłów na wsparcie misjonarzy. Wszystkie one są jednak niezwykle ważne. – W imieniu wszystkich misjonarzy dziękuję za każdą składkę na rzecz misji. Kiedyś sam pracowałem na misjach i wiem, że ta pomoc pozwoliła nam nie tylko budować kaplice i kościoły, ale też formować katechistów, którzy na miejscu wspierają prowadzenie wspólnot parafialnych – wyjaśnia ks. Tadeusz Faryś, wieloletni misjonarz, delegat ds. misji w diecezji świdnickiej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół