Nowy numer 2/2021 Archiwum

Zmarła s. Henryka Mazurek z Wilkanowa. Pomagała ludziom masażami

I choć to z tym talentem kojarzy ją najwięcej osób, jej historia pokazuje, że powołanie do służby w Kościele ma różne drogi i potrafi przetrwać wszelkie przeciwności.

Od lat była najstarszą siostrą małej wspólnoty misjonarek Krwi Chrystusa w Wilkanowie. Pochodząca z Kraśnika (35-tysięcznego miasta) Henryka nie od razu zdecydowała się pójść za głosem powołania. W rodzinnych stronach też ją dobrze znano. Była bowiem jak matka dla marginesu społecznego, dla rodzin, w których alkohol, przemoc i wszelka inna patologia zniszczyły miłość.

Miała zaledwie 18 lat, kiedy wyszła za mąż. To była pierwsza i największa miłość - bo tak chcieli rodzice. Była im posłuszna. Ufała im. Urodziła troje dzieci - dwóch synów i córkę. W ich domu wiecznie było tłoczno. Serdeczność matki udzielała się dzieciom, więc koledzy i koleżanki wiedzieli, gdzie się można dobrze bawić. Czas biegł. Życie toczyło się swoim wartkim nurtem. Henryka, szczęśliwa żona, matka i działaczka społeczna, nie myślała ani o tym, jak szybko rosną dzieci, ani o tym, że jej sił ubywa. Przecież życie, jak młodość, trwa wiecznie.

Pierwsze mocne doświadczenie to zamążpójście córki. A potem narodziny pierwszej wnuczki. Chwila zastanowienia i żartująca bez przerwy Henryka była gotowa nadal być najszczęśliwszą kobietą na świecie. Chociaż już babcią. Był rok 1980. Arkadiusz, jeden z synów, wracał motorem z wizyty u swojej siostry. Cieszył się, że ma tak urodziwą siostrzenicę. I wtedy świat się skończył. Nie tylko dla niego. Matka, która stoi nad grobem swojego dziecka - to wbrew naturze! Nie taka kolejność jest wpisana w głębię ludzkiego serca. Matczynego serca. To jednak nie koniec. Wciągu tamtego długiego roku, potwornego roku, Henryka stanęła nad grobem także swojego męża oraz matki.

Kryzys ekonomiczny i bunt społeczeństwa nie były jednak tak ważne dla wielu ludzi, jak fakt, że coś stało się z Henryką. Że ta pełna życia kobieta gasła w oczach. Że brakowało jej sił do służenia innym. A przecież oni wciąż chcieli mieć swoją orędowniczkę. Wciąż potrzebowali załatwiać swoje sprawy. Byli bezradni, dlatego musieli być bezwzględni. Walczyli o swoje. Pod płaszczykiem współczucia ciągle myśleli o swoich brakach, niedogodnościach, lękach i biedzie. Nie umieli odpuścić. Bo podarować sobie oznaczało dla nich stanąć nad krawędzią przepaści. Cel więc był wciąż ten sam: mieć po swojej stronie Henrykę. Swoim biadoleniem i łzami zarazić ją do działania. Jak ją jednak wyrwać z tego odrętwienia? Trzeba było znaleźć sposób, zmienić taktykę.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama