• facebook
  • rss
  • Prowokacja ewangeliczna

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 09/2015

    dodane 26.02.2015 00:00

    Bóg przygotował im solidny fundament: werset z Księgi Przysłów.

    Z pełnym przekonaniem informują w napisach końcowych swoich filmów: reżyseria i scenariusz: Holy Spirit (Duch Święty). Boży ludzie weszli w przestrzeń do niedawna zarezerwowaną wyłącznie dla pieluch, kurczaków, samochodów czy polityki. Historia każdego z nich wpisuje się w fundację, której dali początek i którą rozwijają. I wyjaśniają, dlaczego działają tak, a nie inaczej. Oto jeden z nich: Dominik Ostrowski z Bielawy.

    Odlotowi staruszkowie

    Dzisiaj ma 37 lat, jest mężem Asi i ojcem Błażeja (10 lat), Kornelii (8 lat), Ksawerego (4 lata) i 14-miesięcznej Marcelinki. Pochodzi z Bielawy, ale dzisiaj właściwie nie ma w tym mieście już nikogo z najbliższej rodziny. Wszyscy umarli. – Dzisiaj naszą najbliższą rodziną, ludźmi, z którymi budujemy głębokie relacje, są nasi bracia i nasze siostry ze wspólnoty Hallelujah – mówi Dominik Ostrowski. – Jednak zanim tak się stało, zanim odkryłem siłę braterskiego wsparcia, zanim zachwyciłem się życiem w Panu, działo się różnie – robi wstęp do swojej opowieści. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy jako nastolatek wszedł na salę, w której była trzydziestka starych ludzi (mieli po 50 – 60 lat). Nie był sam. Jego kompanem był kolega tak jaki on – punk. Przyszli, bo zaprosił ich na to spotkanie znajomy ksiądz, Jan Adamarczuk, wtedy wikariusz ich parafii. Wytrzymali całe dwie godziny, choć to, co widzieli i słyszeli, było dla nich katorgą. Niewiele rozumieli z tego, co robili nawiedzeni staruszkowie. A ci po prostu modlili się z otwartymi ramionami, byli pełni Ducha, który udzielił im swoich charyzmatów, i promieniowali pokojem. To coś całkowicie przeciwnego do stanu, w jakim byli obaj goście.

    Obce terytorium

    Ci bowiem doświadczali na co dzień raczej strachu, agresji i buntu. Do kościoła chodzili sporadycznie, a gdy się już w nim pojawiali, wszystko było skostniałe, staroświeckie i obce. Zupełnie nieczytelne. Byli punkami, którzy żyli w cieniu nieustannej konfrontacji z obozem przeciwstawnym: skinami. Smaczku historii dodaje fakt, że punki musiały przechodzić przez terytorium skinów co najmniej dwa razy dziennie: w drodze do i ze szkoły. Zatem adrenaliny było dosyć. I ci właśnie w tak rozchwianym stanie ducha patrzyli teraz na rozanielonych dorosłych. Patrzyli, ale nic nie widzieli do czasu, gdy trzeba było sobie przekazać znak pokoju. – Gdy zaczęli do mnie podchodzić tacy pełni pokoju i serdeczności i okazywali mi szacunek i sympatię, stałem jak porażony – wspomina po latach. – Wtedy ogarnęło mnie pragnienie modlitwy i poczułem w sercu pokój – dodaje. Pół roku później doświadczyli wylania Ducha Świętego. Pokój i radość – to Dominik pamięta doskonale – to było doświadczenie nieporównywalne z niczym innym. Odrzucił „starego człowieka” w sobie, ale nie było mu łatwo pozbyć się wszelkiego przywiązania do gromadzonych pieczołowicie z niemałym poświęceniem płyt, „zinów” i pozostałych gadżetów starego życia. Dopiero gdy kolega spalił wszystko, także Dominik wiedział, że nie ma odwrotu. Poszedł za ciosem.

    Żonę, nie klasztor – daj mu Panie!

    Już jako wolny człowiek wybiera drogę swego życia – Jezusa Chrystusa; ramiona Ojca stają się celem, a przewodnikiem zechciał być sam Duch Święty. Mrok, w którym żył jako punk, przestał rzucać cień na jego świat. Delektuje się wolnością, a to oznacza, że mimo swoich grzechów i nawyków spokojnie walczy o dobro i prawdę. Patrzy z miłością na ludzi i widzi w nich o wiele więcej dobra niż kiedykolwiek wcześniej. Odkrywa też wierność Boga, który jest z nim nie tylko od czasu do czasu, ale żyje w nim nieustannie, jako Obecny, Ożywiający, Mocny i Święty. Na szkolnym plecaku napisze więc: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” oraz „Jezus żyje!”. To prowokuje innych do zaczepek, pytań, uwag. Nie boi się tego. Zastanawia się, czy ma powołanie do życia zakonnego. Chce nawet to sprawdzić, ale jego ojciec cier- pnie na samą myśl o tym i nawet zaczyna się modlić o żonę dla swego syna. I jeszcze o jedno: o to, by syn porzucił „tę sektę” (odnowę charyzmatyczną), bo przecież zwykła tradycyjna wiara zupełnie powinna mu wystarczyć. Na studiach Dominik angażuje się w duszpasterstwa akademickie („Wawrzyny”, „Dominikanie”). Gdy w krótkim czasie traci swoich najbliższych (w serii tragicznych zdarzeń), zostaje sam. Na szczęście ma już swoją Asię.

    Pierwsze kroki

    We wspólnocie Hallelujah, która stała się dla niego rodziną, spotyka podobnych sobie. Ludzi Bożych, pasjonatów Dobrej Nowiny, kochających świat miłością Jezusową. Dlatego powołują do istnienia fundację Vide et Crede (zobacz i uwierz). Plan jest prosty: trzeba wejść w przestrzeń świecką z Ewangelią. I tak z roku na rok rozwija się dzieło ewangelizujące na placach, przy drogach, w internecie i w innych mediach. Ich billboardy i filmy poruszają, inspirują, zastanawiają. Każą zeświecczonym ludziom zdumiewać się, że jest jeszcze inny świat, tak samo realny jak ich praca, ich rozrywka i ich problemy. Ich mottem stają się słowa z Księgi Przysłów: „Zwróciłem uwagę, spojrzałem, zobaczyłem i wyciągnąłem naukę” (Prz 24,32), a patronami swej sprawy czynią św. Maksymiliana Marię Kolbego (bo ten mawiał: „Możemy wybudować wiele kościołów. Ale jeśli nie będziemy mieli własnych mediów, te kościoły będą puste”) oraz św. Jana Pawła II (ten z kolei twierdził: „Kościół potrzebuje nowej ewangelizacji: nowej w swych metodach, w swojej gorliwości i sposobach wyrazu”). – Istniejemy od 16 miesięcy. To dostatecznie długo, żeby mieć pewność, że skoro Bóg nas do tego dzieła powołał, z naszymi słabościami i niedostatkami, to wiedział, co robi, dlatego całą swoją ufność pokładamy w Panu. To wystarczy – podsumowuje Dominik Ostrowski.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół