• facebook
  • rss
  • Niech wyjdą z domu

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 29/2015

    dodane 16.07.2015 00:00

    – Rodziłaś upośledzone dziecko i od razu rozumiałaś, że zostajesz z nim sama. Nie pomogą ci otoczenie, państwo, nawet Kościół – wspomina Zofia Łomnicka. – Miałam szczęście, że mąż był silniejszy ode mnie.

    Spotkali się, bo w latach 80., kiedy rodziły się ich dzieci, nikt się nimi nie przejmował. Maluchy i ich rodziny były wstydliwym problemem. A oni potrzebowali solidarności.

    Obcy, bo inni

    – Przyjście na świat chorego dziecka to dla każdej rodziny dramat. Łatwo kocha się mądre, zdolne i piękne, trudniej brzydkie, słabe czy inne – mówi Zofia Łomnicka, emerytowana nauczycielka z Bystrzycy Kłodzkiej. – W tamtych czasach władze nie były zainteresowane rehabilitacją osób upośledzonych umysłowo. Społeczeństwo spychało nas na margines. Sami szukaliśmy różnych sposobów usprawnienia fizycznego i umysłowego swoich dzieci. I tak powstało Koło Pomocy Dzieciom Specjalnej Troski – wspomina. To jednak im nie wystarczało.

    – Byliśmy wierzący, praktykujący i marzeniem naszym było pełne uczestnictwo we Mszy św. W czasie ogólnej liturgii nie zawsze byliśmy akceptowani – mówi. Jednak pierwsze jaskółki już się pojawiły – to dwójka dzieci, które mimo swej niepełnoprawności przystąpiły do Pierwszej Komunii św. Gdy rodzice zaczęli szukać, znaleźli.

    Święto wspólnoty

    Musiało jednak upłynąć jeszcze kilka lat. – Gdy usłyszeliśmy o wspólnocie, która spotyka niepełnoprawnych umysłowo i ich rodziny z pełnosprawnymi przyjaciółmi, zapytaliśmy proboszcza, ks. Stefana Smotera, czy zgodzi się na taką u nas, w Bystrzycy – Zofia wraca do wydarzeń z początku lat 90. Wikariuszami wtedy byli: ks. Marek Mundziakiewicz (dzisiaj proboszcz w Boboszowie), ks. Marian Kowalski (notariusz w sądzie biskupim we Wrocławiu) i ks. Paweł Cembrowicz (proboszcz katedry wrocławskiej) – oni zaczęli. Nie było jednak ram organizacyjnych. Księża zapraszali młodzież, która przychodziła na spotkania z rodzicami, upośledzonymi dziećmi i ich rodzeństwem. Było mnóstwo zabawy, wycieczek, Msza św., taka, na której nie było obaw, że zachowanie niepełnosprawnych kogoś rozdrażni, czy będzie komuś przeszkadzać. – Wtedy było nas pewnie z 50 (w tym 27 niepełnoprawnych). Każde spotkanie było świętem dobroci, serdeczności i solidarności właśnie. Było też umocnieniem wiary i dzieleniem się życiem. Dzieci z niecierpliwością oczekiwały każdego kolejnego spotkania – zaznacza Zofia.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół